From Berlin with Chalk

A dokąd? A do Chengdu w Chinach, na (OBY!) dobry początek. A czemu z Berlina? A bo tyci taniej, wygodniej i oczywiście szybciej tak samolotem. Oczywiście, bo przeca wszyscy wiedzą, że mam właściwie z domu bezpośredni(!) pociąg w ten odległy zakątek świata. Tak, tak… Dla niezorientowanych już tłumaczę. Bodajże jedyne kolejowe połączenie z Polski (Europy?) do Chin. Panie, Panowie… Łódź Olechów – Chengdu! Czyż nie brzmi dumnie? Oczywiście! Szczególnie w uszach tych, którzy wiedzą co to ten zapyziały Łódź Olechów :) I oczywiście detale grają rolę więc dodam tylko, że póki co to możemy nadać co najwyżej cargo i przewieźć je przez bagatela 2 tygodnie z rzeczonego punktu A do B. Ale współpraca między oboma miastami podobno rozwija się prężnie (lokalne media nieustająco donoszą). Jak będzie chwila, to może odszukamy przedstawicielstwo miasta LDZ w tym 11-milionowym miasteczku (media donoszą, że istnieje takowe) i podpatrzę jak tam zacieśnianie współpracy tych dwóch światowych metropolii. Ale nie to jest oczywiście planem obecnej wycieczki.

Jak co roku pomysłów w mojej głowie było na co najmniej 5-cio-osobo-dożywotnio wykorzystanych urlopów. Głowa nr 2 (mądra Głowa!) pomysłów miała na co najmniej 5-cio-osobo-dożywotnio wyeksploatowanych wakacji studenckich… Wiele by pisać, ale pozwólcie, że aż takiego e-kshibicjonizmu uprawiać nie będę. Finalnie uzyskaliśmy stan określany „brzydkim słowem na K” i postanowiliśmy rozdzielić moją rządzę taplania całej twarzy w magnezji i ocierania się o wszelkie dostępne skałki, od wojaży bez sznurka.. Tak, tak, też to do mnie dopiero powoli dochodzi :) Padło na okolice Tybetu Wschodniego (internety pokazują, że ładnie) i wierzcie, bądź nie, ale mam pierwsze od niepamiętnych czasów wakacje niewspinaczkarkowe. Tak się porobiło! Wspinaczkowo będzie chyba jesienią i za wielka wodą. Ale jak to mawiał Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów. A jak najlepiej zacząć tegoroczną wycieczkę bez sznurka? Oczywiście w boulderowni, bo buty tak na wszelki wypadek zabrałem ;)

Mając do wykorzystania cały dzionek w całkiem niedalekim Berlinie poszedłem sprawdzić jak tam się mają polecane panele. Ostblock Bouldern Halle – zacna, trzyma poziom, ale… nie mamy się czego wstydzić patrząc na naszego Spocika, czy Bloco (że o „rewitalizowanym” AKG nie wspomnę). Taka była moja pierwsza myśl. Choć przyznam, że perspektywę wypicia dobrej pszeniczki (i o dziwo niezgorszego lagerka ) chwilę po napinaniu bicków uważam za bezcenną. Wszak od zawsze powtarzałem, że trzeba uważać na to zdradliwie i znienacka atakujące odwodnienie :)

Cóż, trochę potestowałem finezję i umiejętności lokalnych chwytowych (mocne 4 daję układaczom), zażyłem rzeczonej/bezcennej (tu nie ma *, nie ma co skreślać) suplementacji i udałem się w miasto. Alexanderplatz, na NIE-dobry początek. Wysiadłem, rozejrzałem się i uciekłem po 5-ciu minutach. Dosłownie. Bo może i ciekawe skupisko wszelkiej maści ludzi ze słynną wieżą w tle, ale jakoś poczułem, że nie tego szukam. Na szczęście z pomocą przyszedł „Berlin On Bike” – małafirma/organizacja (czy jak ich tam nazwać), która organizuje różne wycieczki. Oczywiście rowerowe. Oczywiście po Berlinie:) Są i sztampowe klasyki z placem Alexandra na czele, ale mają też np. „Berlin Alternative” – „o, to jest to!”, pomyślałem.

John, holender mieszkający tu od dawna, zabrał naszą mała grupkę na 3,5-godzinną wycieczkę „po tym, czego sami byśmy nie znaleźli w Lonely Planet”. Oczywiście trochę przesadzał, ale myślę że nie aż tak bardzo. Jeździliśmy głównie po dawnym Berlinie wschodnim. Po dzielnicach zgrabnie i ze smakiem zrewitalizowanych przez dwie ostatnie dekady. Gdzie chyba nie mając pomysłu co z tą przestrzenią zrobić, oddaną ją „usługom kreatywnym” i artystom wszelkiej maści. Brzmi znajomo?? Bingo! Zapraszam do Łodzi wszystkich spoza Ziemi Obiecanej :) A tak serio, naprawdę przyjemne miejsce do życia. Dużo urokliwych uliczek, zaułków, skwerów i knajpek. Super zrewitalizowane kanały wodne. Kiedyś wykorzystywane przez przemysł, obecnie przez mieszkańców. Wyglądało to dobrze. Aż się boję myśleć, że za 2h wyląduję w Chengdu. Już poznałem Chińskie molochy, o zgrozo… a i bezczelnie wpychający się Chińczycy w kolejkę do gate’a w Abu Dhabi dali przed chwilą pewien przed(nie)smak… Ale wracając do Berla. Co by samego „lukru nie lać” na to miasto, to odwiedziliśmy jeszcze tereny zajęte przez „ostatnich prawdziwych punków” (słowa Johna) – ulice ze sqotami „zrobionymi” (jeśli można tak powiedzieć) z niedokończonych budynków mieszkalnych i biurowych. Wyglądało to momentami ponuro, momentami zabawnie (fajny street art). Lokalny folklor – chyba tak na to większość mieszkańców i turystów patrzy. Jedna ciekawostka. Dookoła tej „dzielnicy” pobudowano ekskluzywne apartamentowce i część właścicieli (albo ładniej, inwestorów) tychże zajętych terenów podobno nieformalnie pozwoliła na funkcjonowanie owych sqotów, widząc w tym oczywiście interes. Ot, fanaberie yuppies, mieszkać obok punków :)

To był przyjemny dzionek, acz skończył się bardzo niemiłymi wieściami (to właśnie to „OBY” z pierwszego zdania). Bo się Mądrej Głowie zachciało samemu pół Czajny przemierzyć i już draka na starcie… Ale nie uprzedzajmy faktów. BYLE do Chengdu! Oj BYLE!

A ja znowu się rozpisałem. Chyba jednak trochę to lubię:) Acz przyznam, że jakoś mi się średnio w tym roku chciało… Ale tak jest chyba zawsze, po prostu trzeba ZACZĄĆ. Dalej zwykle już jakoś idzie. OBY! :)

Ukłony! M.

 ps. mały update fotek:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s