Waterval Boven – dobrze nam tu

Z prowadzeniem e-zapisków w trakcie wszelakich wycieczek wiąże się pewien problem – czasami najzwyczajniej w świecie ciężko znaleźć na nie czas. Z jednej strony fajnie by było tak na bieżąco, oczywiście w miarę możliwości ciekawie, może i z odrobiną informacji praktycznych, no i rzecz jasna wszystko okraszone odpowiednią ilością fotografii. A jakby jeszcze dostęp do netu był bezproblemowy z każdego odwiedzanego miejsca… Bajka! Marzenie każdego porządnego blogera-wycieczkowicza. A co ja na to? Oczywiście zgadzam się, posypuję (odrobinę) głowę popiołem za 2-tygodniową abstynencję od wpisów i obiecuję (odrobinę) poprawę… acz bez przesady, jestem na wakacjach :) Doborowe towarzystwo, wyborna wołowina z niezgorszym, lokalnym winem, no i takie miejsca do wspinu jak Boven… oj ciężko zasiąść przed klawiaturą :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A co się działo przez te dwa tygodnie? W sumie to można powiedzieć, że utknęliśmy w Waterval Boven – jednym z lepszych miejsc w których miałem przyjemność wiązać się sznurkiem. Serio, szczerze polecam! I chętnie za chwilę napiszę więcej o tym miejscu, ale najpierw tradycyjnie, czyli po kolei.

Jak to już w poprzednim poście wspominałem, mieliśmy doborowe wsparcie z Polszy – kolegę Silnego Tomasza (vel Silnawy Major, KS Zielonka) oraz kolegę Marcina (vel Suszi, vel Space Cadet z Warszawy – nie ‘Warszafki’). Panowie, w przeciwieństwie do ich bagaży, dotarli na lotnisko w Johannesburgu cali i szczęśliwi. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma co czekać na lotnisku na torby i niezrażeni tymi drobnymi niedogodnościami udaliśmy się do Boven. W sumie wyszło dobrze. Suszi miał w podręcznym bagażu śpiwór. Tomek miał pilniczek i maść do rąk Metouliusa (wiadomo, wspinaczkowy profesjonalista nic więcej nie potrzebuje). Na miejscu, czekając na torby, Panowie mieli możliwość wypożyczenia kompletu gadżetów do walki z grawitacją, a nasz poczciwy Gulf akurat miał całkiem niewiele przestrzeni na dodatkowe torby – taka optymalizacja by KLM :) No i cóż, przez dwa tygodnie wspólnie wspinaliśmy się dzielnie i chłonęliśmy na zmianę wołowinę ze strusiną w dużych ilościach – dosłownie i w przenośni, było wybornie. Dzięki Panowie!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A teraz dla odmiany odrobinę praktycznych info. Zwykle staram się nie zanudzać Szanownych Czytelników nadmiarem informacji typu ‘jak-gdzie-i-za-ile’ (od czego mamy google), ale może warto zrobić tym razem wyjątek, bo to miejsce naprawdę godne jest rozważenia przy planowaniu kolejnych wakacji ze sznurkiem. Aż dziw bierze, że nie ma tu takich tłumów jak np. w Ceuse. A co jest? Super wspin, ponad 600 dróg (a ‘parchów’ tu nie obijają), zarówno piony jak i solidne przewieszenia. Zimową porą świetna pogoda gwarantowana – zero opadów, codziennie słońce i ok 12-17 stopni w cieniu. Jest trochę taniej niż w Polszy, a zdecydowanie taniej niż np. we Francji. Loty nie tak dramatycznie drogie (da się znaleźć bez promocji za ok 2200-2700 pln z WAW do JNB i nie one-way), a auto można wypożyczyć już za ok 50 pln/dzień. No i wcale nie jest tu tak niebezpiecznie jak to media i statystyki ONZ podają… Oczywiście trzeba być czasem czujnym, ale po miesiącu w tym kraju nie czuję się tu już gorzej niż w okolicach rynku Bałuckiego wieczorową porą :)

A gdzie spać? Na miejscu można się zadomowić w noclegowni Roc’n Rope (www.rocrope.com) – całkiem przyjemne miejsce z fajnym tarasem, przyjemną kuchnią, salonem z kominkiem itd. Standard klasyczny, ‘wspinaczkowo-schroniskowy’, ale całość ogólnie bardzo przyjemna (kilka fotek w galerii). Ceny to ok 80-90 rand per capita za noc – i oszczędzę Wam googlania kursu randa – to jest ok 25 pln na ten moment ;) Na szczególną uwagę zasługuje sporych rozmiarów słoneczny taras – coś bezcennego w połączeniu ze smakiem porannej kawy. No i zdecydowanie idealny na grilla, co pomimo najszczerszych chęci (zakupiony brykiet i podpałka) nie udało nam się przetestować – zawsze byliśmy zbyt głodni aby czekać na to wołowe lub strusie (pycha!!!) mięso z grilla – patelnia wygrywała. Z Roc’n Rope do najczęściej odwiedzanych sektorów jest ok 6-7km szutrową drogą, więc zdecydowanie warto być autem. Jeśli ktoś natomiast preferuje nocleg w bardziej malowniczych okolicznościach przyrody to powinien rozważyć Tranquilitas (www.tranquilitas.com) – kemp położony ok 15 minut ‘z buta’ od najpopularniejszych skał.

P7013831-0

Więcej info o wspinie w Boven można znaleźć tu: www.climbing.co.za/topo/south-africa/mpumalanga/waterval-boven/ . Szczerze polecam, szczególnie tym, którzy np. rozważają wspinanie w Azji typu Tonsai – szkoda Waszego czasu, no chyba, że Full Moon Party i odpowiednio doprawione szejki bardziej Was interesują niż samo wspinanie. Ale oczywiście co kto lubi :)

No i cóż. Silni Panowie musieli wracać do Polszy, my natomiast chcieliśmy dać trochę odpocząć skórze na palcach i wybraliśmy się do Parku Krugera. Panowie oczywiście mieli jeszcze drobne przygody przy powrocie – bus który miał ich zawieźć na lotnisko nie pojawił się… Gustav (właściciel Roc’n Rope) westchnął tylko i stwierdził, że to Afryka, a historia kierowcy tego busa jest tak długa jak historia RPA… Na szczęście na tym nie poprzestał i załatwił Chłopakom kierowcę, który zawiózł ich jego własnym autem do Johannesburga. Porządny i bardzo sympatyczny gość z tego Gustava. My natomiast już bez większych problemów odbyliśmy nasze małe safari w całkiem nie małym parku narodowym pełnym dzikich zwierzy, ale o tym już następnym razem ;)

Pozdr i zapraszam do galerii.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s