Bangkok z happy end’em

No i cóż…Jakoś to tak dziwnie z wycieczkami bywa, że zawsze kiedyś się kończą… Przynajmniej póki co tak to widzę ;) Ta już nawet przeszło tydzień temu dobiegła ku końcowi, ale coś czasu nie było co by „słowo na do widzenia” napisać, a i choróbsko jakie mnie dopadło nie pomagało… Ale proza życia delikatnie ogarnięta, gripex zaaplikowany, można pisać! Tradycyjnie, po kolei. Czyli, na dobry początek o końcu, znowu Bangkok ;)

kosmicznie...

Z Kambodży przemieściliśmy się ponownie do stolicy Tajów. W międzyczasie już trochę słyszeliśmy o zamieszkach jakie tam miały miejsce, ale „że raczej pokojowe”, „nie ma co się obawiać’ itd.. Niestety w tymże międzyczasie sporo się zmieniło… Tłumy ludzi wyszły na ulicę, wojsko się zjechało, a w efekcie tego rozgardiaszu sporo osób poturbowano, a kilka straciło życie… Żartów nie ma, pomyśleliśmy. A skąd te krwawe zamieszki?  Otóż, jak mi to ktoś dosadnie wytłumaczył, ludność Tajlandii tak naprawdę najbardziej by chciała… obalić demokrację! Oczywiście trochę to przewrotne stwierdzenie, ale w sumie… posłuchajcie sami. Był sobie premier Tajlandii, 2 razy demokratycznie wybrany. Magnat prasowy, podobno całkiem bezczelny (tak, tak, zgadza się, też pomyślałem o Berlusconim ). Premier bardzo (wymiernie) korzystał ze swojego stanowiska i (co gorsza) krytykował Króla! A Króla tu wszyscy bardzo kochają, serio. Skończyło się tym, że premiera obaliło wojsko, a on sam uciekł z kraju gdy został skazany przez sąd za nadużycia i… obrazę Króla! (na wszelki wypadek piszę z dużej litery, Królu ;)) Co się działo dalej? Szczegółów nie znam, ale skończyło się na tym, że premierem została… siostra poprzedniego premiera (to się nazywa siła mediów!). I ponoć dalej nie było tak źle do czasu aż… pani premier spróbowała przeprowadzić amnestię, co by brat mógł wrócić ;) I wtedy ludzie wyszli na ulicę, bo im się to mało podobało. Chyba słusznie. Ale dość tej polityki. Nas, a dokładniej nasz pobyt w Bangkoku, uratował… sam Król! My też go bardzo lubimy :)

wieczór przed (!) urodzinami Króla Okazało się, że przyjechaliśmy w przeddzień urodzin Monarchy. A że Króla tak tu wszyscy kochają, to nawet demonstranci zawarli kilkudniowy rozejm z rządem i wojskiem! W urodziny nikt nie strajkuje, wojsko nie strzela, wszyscy się bawią! Niesamowite! :) Wszędzie podobizny Monarchy, wszędzie flagi, kolor żółty i tłumy ludzi. Popodglądaliśmy trochę Tajów w wieczór poprzedzający urodziny. Oni go naprawdę kochają…

A w same urodziny… oczywiście zaczęliśmy dzień od zjedzenia na śniadanie sticky rice with mango. Oczywiście ku chwale Króla! ;) I poszliśmy w miasto. Odwiedziliśmy kilka świątyń, pokłoniliśmy się Buddzie, przepłynęliśmy kanałami Bangkoku, zajrzeliśmy do elegantszej dzielnicy miasta (Siom), przetestowaliśmy BTS Skytrain (takie naziemne metro) i nadszedł wieczór… O tym zwiedzaniu to nie ma co się rozpisywać i pewnie lepiej spojrzeć na galerię poniżej (zapraszam), ale wieczór… wyszedł fajny ;) Jakby ktoś wizytował BKK i był już znudzony tą „najsłynniejszą ulicą backpeckers’ów” – Khao San Road (szału nie ma..), to polecam pójść na kolację do jednej z restauracji w Baiyoke Sky Tower. No, może nie tak dosłownie pójść, bo to najwyższy budynek w Tajlandii… :) Taka kolacja z widokiem na Bangkok z 75-ego piętra… całkiem obleci! Jak znalazł na randkę ;) A „na deser” obrotowy taras widokowy na samiutkiej górze (jakieś 300m!). Dla konsumentów wejście gratis. Polecamy.

centrum BKK z 85 piętra

I cóż, ostatnie śniadanie z widokiem na kąpiące się w kanale rzecznym warany (myślałem, że tam krokodyle żyją! :D), szybkie upychanie plecaka, pierwszy lot, noc w Katarze, drugi lot i… prawie dogoniliśmy Pana Orkana Ksawerego! Na całe szczęście „prawie” robi wielką różnicę :)

Polsza przywitała nas szokiem termicznym (zjazd o jakieś 30 stopni w dół), śniegiem, „szaro-burą” pogodą i ludźmi schowanymi głęboko w swoich wielkich płaszczach… Taki trochę to smutny widok był, bardzo kontrastujący ze słoneczną Azją, palmami i naprawdę roześmianymi jej mieszkańcami… ale ja się tam trochę cieszyłem już :) Z pomocą przyszedł kebab na dworcu Warszawa Zachodnia, a później już było tylko lepiej! Niedzielny kotlet u Rodziców, poranna kawka w domowym zaciszu, Siostra – mistrzyni remontów ;), kampus wieczorową porą, nawadnianie w okolicach Pietryny, no i Ekipa samych Tuz i Tuzów spod pochylni… dla mnie jak zawsze bezcenne :)

No i cóż Droga Czytelniczko, Drogi Czytelniku… jeśli dotrwaliście do tego miejsca, to przede wszystkim gratuluję wytrwałości! :) Zeszłoroczne relacje z wycieczki zakończyły się na ok 35 tyś wejść, a teraz jest już ponad 55 tyś na liczniku! Dla mnie super, pięknie dziękuję! I tym razem już się nie zarzekam, że nic tu nie dorzucę :) Acz wiadomo, musi być o czym pisać :) Zatem dzięki i do następnego razu, kiedyś tam!

Ukłony. M.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s