Wietnam, tajfun, DWS, ufff…

Co tu dużo mówić, a raczej pisać, nudno nie było! Ostatni +/- tydzień podróżowania w pojedynkę miałem zarezerwowany na Wietnam. Trochę mi się już nawet nie chciało z tego Laosu ruszać pod koniec. Zacząłem się zastanawiać czy by jednak nie zostać w Thakhek, bo i wspin fajny, wygodnie, a i ekipa przednia. No ale koniec końców ciekawość wzięła górę nad lenistwem i… zdecydowanie było warto! Jak zawsze :) A i nie tylko dla takich widoków okolic zatoki Ha Long:

ha long

Całkiem malownicza okolica, fajny wspin, super ludzie do związania się sznurkiem i rozmów do późnej nocy, premiera we wspinaniu w stylu deep water soloing, no i tajfun… działo się! Ale po kolei…

W Thakhek na do widzenia udało mi się jeszcze „załapać” na imprezę urodzinową jednego z tutejszych dzielnych ekiperów. Harry, bo o nim mowa, urządził naprawdę oryginalną imprezę – przygotował nowy mini-sektor z ok 6 drogami, zbudował pod nim stół, ławeczki, przetransportował trzy skrzynki Laobeer i zaprosił na testy :) Później cała ekipa przeniosła się do baru na kempie, Laobeer zastąpiono innym lokalnym trunkiem o wdzięcznej nazwie Black Tiger (z butelką nie bez powodu do złudzenia przypominającą czarnego Johnego), a tłum radosnych wspinaczy zaczął „klasykę gatunku” – wszelkie gry typu przechodzenie pod stołem, krzesłem, ławką… wzdłuż, w poprzek… i oczywiście bez kontaktu z podłożem, bo nie lubimy tego :)

Następnego dnia trzeba już było uciekać. Choć z Thakhek jest bezpośredni autobus do Hanoi to wszyscy mi odradzali ten środek transportu sugerując wymianę 17h w autobusie na 2h lotu, ale nie było tak źle. A w sumie to nawet fajnie było :) Autobus sunął sobie z wolna po górskich, dziurawych serpentynach (bodajże 600 km w 17h), ja podziwiałem lokalną „dżanglę” przez szyby, a moi autobusowi sąsiedzi próbowali ze mną powiedzmy pogadać. Jak to zwykle bywa, początki były trudne. Byłem jedyną „białą twarzą” i nikt nie znał angielskiego :) Tuż za granicą z Wietnamem autobus się zatrzymał, wszyscy wysiedli, wysiadłem i ja. Okazało się, że to postój z cyklu „regeneracyjnych”. Pasażerowie usiedli przy plastikowych stolikach przydrożnego baru. Panie z gotowanymi kurczakami w jednej dłoni i wielkimi nożycami w drugiej zaczęły precyzyjnie odmierzać porcje mięsa. Ryż, miseczki i „zielenina” były już na stołach. A jako ostatnia zawitała „Men’s Vodka”… i każdy chciał mnie bardzo ugościć :D

Obudziłem się już w Hanoi. Stwierdzam, że bardzo wygodne to połączenie autobusowe :) Dalszy plan zakładał dostanie się na wyspę Cat Ba w zatoce Ha Long. Najpierw trzeba było zmienić dworzec. Dalej trochę przygód z cwaniakami w taxówkach, dwa autobusy, jedna „speed boat”, trochę negocjacji w tłumie ludzi wykrzykujących „hey mister, my very good friend” i dokładnie po 24h byłem już w swoim całkiem przyzwoitym pokoju hotelowy za dosłownie kilka $ – kocham Azję! I nastał czas na ostatni etap „logistyki” – trzeba było znaleźć innych wspinaczy. Na pomoc przyszła Asia Outdoor, taka lokalna agencja organizująca tu różnej maści „wycieczki” wspinaczkowe, a chcąc być bardziej precyzyjnym – ich bar :) Jeden wieczór, jedno śniadanie i uformowała się całkiem zgrana grupa holendersko-czesko-francusko-niemiecko-malezyjsko-wietnamsko-nowozelandzko-polska (uff..) pod wodzą charyzmatycznego i przegadatliwego Maxa :D

Mad Max :D

Następne dwa dni trzeba było skrzętnie wykorzystać na zmęczenie przedramion – podobno zbliżał się tajfun…

Skał w Ha Long jest pod dostatkiem, acz samego wspinania w zatoce tak naprawdę jest niewiele. Bez angażowania łodzi można się dostać za pomocą skuterów w dwa sensowne sektory i wspinania będzie pewnie na ok tydzień, może 10 dni… ale jest całkiem ok. Przyjeżdżać na wspinanie tylko tu chyba mija się z celem (jeśli ktoś chce się sensownie powspinać), ale łącząc np. z Thakhek’iem… brzmi już zdecydowanie lepiej.

typhoon...No ale wracając do tematu anomalii pogodowych… Wśród „normalnych” turystów widać było pewne oznaki niepokoju – ciągłe przeglądanie prognoz pogody na smart- i i-fonach, głośne dyskusje w holach hotelowych i barach, przekładanie lotów itd.. Natomiast wśród wspinaczy panował względny spokój. Nikt nam nie kazał się wynosić, wojsko nie przyjechało amfibiami, nikt worków z paskiem nie układał na ulicach… nie będzie chyba tak źle ;) Tajfunisko (albo raczej jego resztki) miało się u nas pojawić w niedzielną noc. 100mm opadu deszczu i porządny wiatr – taka była prognoza. Padać zaczęło w południe, ale na szczęście ściany przewieszone, to i do końca dzień wykorzystaliśmy. Później podróż powrotna skuterem w strugach deszczu (prysznic + pranie gratis) i okazuje się, że w miasteczku faktycznie prawie wszystko pozamykane, prąd wyłączony, hmm… no już trochę mniej optymistycznie było. Ale Asia Outdoor po raz drugi przyszła z pomocą! Jeden z jej współwłaścicieli (chyba) stwierdził, że jak mamy czekać na tajfun w hotelach, to równie dobrze możemy wszyscy razem… poboulderować! No i w sumie czemu nie? :D Za oknem lało i wiało, a my w spokoju wspinaliśmy się na ich małej ścianie, w świetle czołówek i oparach magnezji. Jak to Max stwierdził, wspinanie podczas tajfunu to jedna z tych rzeczy, które chciał odhaczyć na swojej „check-liście”. A tak zupełnie na serio, to mimo wszystko nie było nam tak bardzo do śmiechu… chyba każdy jednak trochę się bał. Koniec końców nic poważnego chyba nikomu na wyspie się nie stało. Było trochę zniszczeń, błota na ulicach, połamanych drzew, łodzie nie kursowały, ale dramatu nie było, choć groźnie to wyglądało…

Deszcze i wiatry poszły sobie do Chin, fale ma morzu opadły, nadszedł czas wypróbowania to, z czego Ha Long jest chyba najbardziej znane – deep water soloing :)

photo: StephanieDla będących mniej obeznanymi w tematyce wspinania śpieszę z prostym wytłumaczeniem: są skały, wystają sobie z wody, głębokiej wody, podpływa się łódką, wspina na wysokość kilku-kilkunastu metrów i… skacze! Jezuuu, jak się bałem! :) Tyle adrenaliny to i na El Cap’owym King Swing’u nie miałem… Oczywiście więcej w tym zabawy i skakania, niż wspinania, ale już po wszystkim stwierdzam, że fajnie było! Odhaczone ;) Koniec dnia to jeszcze krótka wycieczka kajakami po zakamarkach zatoki, powrót do miasteczka no i pożegnalne pogaduchy do rana na wszelkie możliwe tematy – uwielbiam wspinaczy! Zdecydowanie w całym tym wspinaniu „czynnik ludzki” jest najważniejszy ;)

No i cóż… Przygodę z Wietnamem zakończyłem nocnym spacerem po Hanoi (może wyjdzie z tego jakiś bardziej foto post na blogu, więc nie uprzedzajmy faktów) i już bez wygłupów, samolotem, wróciłem do Bangkoku. Czas na kolejną randkę ;)

Pozdrawiam!

Ps. Pół żartem, pół serio o tym tajfunie było, ale sprawa błaha nie jest… Może warto równowartość choćby dwóch/kilku piw przelać na konto jakiejś organizacji charytatywnej, która działa na Filipinach. Mała kwota, kilka minut, a może komuś tam zafundujecie kilka dni wyżywienia… Podrzucam „ściągę”, ja z tego korzystałem, ale oczywiście sami na pewno też coś znajdziecie grzebiąc w sieci:

http://www.pah.org.pl/nasze-dzialania/19/5079/pomoc_dla_ofiar_tajfunu_na_filipinach

Wpłat można dokonywać: na rachunek bankowy BPH S.A. 91 1060 0076 0000 3310 0015 4960 z dopiskiem „Filipiny”

4 thoughts on “Wietnam, tajfun, DWS, ufff…

  1. Człowiek który przegonił Tajfun do Chin! Jak Czarnecki Szwedów za morze… Marcin a może byś już wrócił i przegnał z Łodzi korki bo żyć uczciwym ludziom nie dają?

    PS: strasznie zarosłeś!

  2. >>przygotował nowy mini-sektor z ok 6 drogami, <<
    He, he, he: Tylko dla kogoś, kto operuje milionami jednostek i terabajtami danych, sześć sztuk może być niewarte dokładnego zliczenia.
    Powinieneś zmienić bloga na "Wspin do około jednego świata";)))))))))
    Pozdrawiamy!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s