BKK w 24h!

To był krótki romans, a właściwie pierwsza z kilku randek…  Przyleciałem do Bangkoku wieczorową porą. Gry plan wstępnie zakładał tranzyt prosto z lotniska na dworzec autobusowy Chatuchak i dalszą podróż w stronę granicy z Laosem. Gry plan był napięty i jak zawsze optymistyczny – miałem na to mieć 2h, a z lekcji geografii kojarzyłem, że Bangkok do najmniejszych nie należy. Trzeba się będzie pośpieszyć. Niebiosa nade mną jednak czuwają, ufff… lot się opóźnił. Kto by pomyślał, że nawet Qatar Airways to się zdarza?! A ja nie mając już żadnych dylematów i wyrzutów sumienia (że dzień później zacznę się wspinać) udałem się na rezerwowo zaklepany nocleg. Z 2h zrobiły się 24h, ale w sumie to i dobrze… Nie lubię się śpieszyć, to nie w mojej naturze, a szczególnie na randkach ;)

Pierwsze wrażenia? Hmmm… zdecydowanie najpiękniejsze są górne „partie ciała” mojej tegorocznej wakacyjnej oblubienicy. Zresztą co tu dużo pisać, sami spójrzcie:

PA290084b

Oczywiście, ciężko się było jakoś lepiej poznać w tak krótkim czasie i może póki co ów wakacyjny flirt nie zachwyca, ale dajemy sobie jeszcze szanse ;) Po zmroku nie było zachwytu, ale i nie byliśmy wtedy w tej ładniejszej, reprezentacyjnej części miasta. Ba! Jadąc z lotniska miejską kolejką czułem się jakbym oglądał z góry brazylijskie favele… Domy zrobione dosłownie ze wszystkiego, liche, krzywe, słabo oświetlone, za to mocno zaśmiecone. Po kilku stacjach zaczęło się robić lepiej, a gdy już wysiadałem gdzieś w połowie drogi do centrum, to przerażenie minęło. Jeszcze na dobranoc szybki ryż (smaczny) z ulicznego straganu i już byłem kontent! Czyli jednak prawda! Przez żołądek do serca :)

Za dnia było już zdecydowanie lepiej. Gry plan, choć zmodyfikowany, to jednak w dalszym ciągu był bardzo optymistyczny. Wstać raniutko, co by żadnej chwili nie zmarnować i poznać się lepiej. Planu się trzymałem, twardo, acz tylko do pierwszego budzika… co zrobić ;) Bałem się trochę, że przedzieranie się przez miasto może być problematyczne i czasochłonne, a to miała być teraz jeszcze szybsza randka. Ok 20 miałem już z niej wyjść. Taki „speed dating” z angielskiego, czy jakoś tak.

Zwykle lubię po prostu iść przez miasto, ale tu chyba się tak nie da… Niezliczona ilość wszelkiej maści straganów plus prawdziwy problem z wydawałoby się trywialnym przechodzeniem przez ulicę (oj trzeba być tu czujnym pieszym) sprawiły, że pierwsze 3 przecznice pokonałem w jakieś 30min.. A na mapce wyglądało, że tak blisko… Do taxówki wsiadać nie chciałem, do metra daleko, przed tuk tukami panie w hostelu bardzo mnie przestrzegały (to jeszcze trzeba będzie sprawdzić), a rozkład autobusów po tajsku to już czysta abstrakcja… Ale na wszystko są sposoby i trochę przypadkiem natrafiłem na… transport rzeczny – szybko, tanio, przygodowo – dla mnie bomba!

No i cóż, jak już mi się na tą randkę udało dotrzeć w bardziej reprezentacyjne rejony miasta, to wyszło, że mamy z 3 godziny. Niewiele, przyznaję, ale na dobry początek zajrzałem do kilku buddyjskich świątyń – coś niesamowitego! Zajrzałem też na podobno najsłynniejszą na świecie ulicę „backpack’ersów” – Khao San Road. Jak dla mnie „d… nie urywa”, ale z ostatecznym wyrokiem trzeba jeszcze będzie poczekać na nocne zwiedzanie ;) No i przede wszystkim potestowałem ze smakiem różne tajskie frykasy ulicznej gastronomi – i tu pełen sukces! Przynajmniej się najadłem na tej pierwszej randce ;)

 ps. a ja już za Mekongiem. Pozdr z Laosu. Czas na wspin ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s