A jednak! Wspindookola znowu nadaje, z Azji ;)

A jednak! Wspindookola poddany resuscytacji! :) Zeszłoroczna wycieczka dookoła świata ze sznurkiem, magnezją i przyciasnym obuwiem była dla mnie niesamowitym „koktajlem” wrażeń. Choć ze 100 metrów liny zostało tylko ok 40, przyciasne i mocno asymetryczne buty zakatowały stopy w yosemickich rysach (no tu się przyznaję, mea culpa i braki w znajomości tematu), a magnezja na niewiele się zdała w chińskich tropikach, to i tak było bardziej niż awesome ;)  Udało się powspinać na te mniejsze i te większe kamyki, poznać bardzo ciekawych ludzi i ich spojrzenie na świat, zobaczyć dużo różnorodnych i całkiem ładnych miejsc,  ale i docenić swoje „stare śmieci”. Słowem – było warto i było O CZYM pisać. No i możliwe, że nawet się niektórym w miarę podobały wpisy, bo i ponad 35 tyś wejść było na bloga (dzięki!), a i kilka osób osobiście powiedziało, że fajnie się czytało i może sami spróbują jakieś eskapady uskutecznić (trzymam kciuki!). Natomiast po powrocie do Pollandu długo się zastanawiałem co tu dalej począć z tym wspindookola-fantem… Kasią Tusk nie jestem, to i poradami modowo-„lajfstajlowymi” (czy jakoś tak) życia Wam nie ułatwię… W komisji Macierewicza nie jestem, to i na dowolny temat jako ekspert się nie wypowiem… Wybitnym znawcą treningu wspinaczkowego i solidnej cyfry też nie jestem, to Wam nawet nie podpowiem jakie suple łykać, aby się zginało… Słowem – dramat ;) I wziąwszy te wszystkie niezaprzeczalne fakty pod rozwagę stwierdziłem, że nie ma sensu e-kshibicjonizmu na co dzień uprawiać. Grzecznie się pożegnałem z Czytelnikami dziękując za uwagę, a blog pozostał taką „wirtualną pamiątką” z wycieczki. I faktycznie, jakiś miesiąc temu coś mnie naszło i wszedłem tam, poczytałem, fotki przejrzałem i pomyślałem „super, będę sobie czasem tu zaglądał, jak do albumu z rodzinnymi fotografiami, czy jakiegoś pamiętnika”. No i właśnie… konsekwencją wcześniejszego stwierdzenia była następna myśl jaka przyszła do głowy – że fajnie by było taki „album/pamiętnik” jednak czasem uzupełniać o nowsze „fotografie/wpisy”. Że trzeba by reanimować bloga, bo… zbliża się kolejna wycieczka, to i może będzie O CZYM pisać! I w tym miejscu duże „łubu-dubu” i ukłon w stronę moich Szefów, którzy podchodzą ze zrozumieniem do moich nałogów spinaczkowo-włóczęgowych  ;) Dzięki!

A pomysłów na tegoroczną eskapadę miałem sporo. Była opcja dołączenia do klubowej wyprawy AKG na Grenlandię. Skład – marzenie, gwarantował dobra zabawę nawet podczas permanentnej zlewy ;) Dzika przyroda, misie, fiordy jedzące z ręki, beczki z prowiantem, wędki, ściany po kilometr pionu, kajaki, słowem – przygoda! Ale nawet pomimo tego największego, towarzyskiego atutu wyprawy (same Tuzy + Tuza!) najzwyczajniej nie chciało mi się tam swojego zadka pchać…  Zeszłoroczny miesiąc w Yosemitach zrobił swoje, chcę słońca i wakacji! :)

No to może trochę delikatniej? Duże ściany, ale i jakieś niezobowiązujące skałki? To może większe ścian w Peru letnią (u nas) porą + jakieś skałki, Inkowie itd.? Wygląda, że ładnie tam, mniejsze ściany się znajdą, ale i takie po 800m z pikiem na 5 tyś też – tam się pewnie „oddycha” ;) Brzmiało fajnie, ale opcja nie doszła do skutku bo finalnie nikt się nie chciał w tych okolicznościach przyrody związać ze mną sznurkiem… Trudno, nie ucieknie.

Był pomysł odwiedzić Afrykę, a dokładniej RPA i Waterval Boven. Skały wyglądają przepięknie, wspinanie podobno miód, ale gorzej ze statystykami przestępczości w okolicach Johannesburga… A że wypad miał być jedno-dwuosobowy, to może nie tym razem…

No i padło na Azję! Ale nie daj się zwieść Szanowny Czytelniku, że wybór dokonał się drogą eliminacji, o nie! Po zeszłorocznej wycieczce najczęściej padało pytanie: „ale gdzie było najfajniej?” Dobre pytanie! Jako ekonomista (a dokładniej ekonometryk) odpowiem zgodnie z wykształceniem: to zależy. Wszędzie było coś fajnego, innego, charakterystycznego. A to rodzaj wspinania, a to widoki, roślinność, mentalność ludzi i ich zwyczaje. Chińczycy plujący na podłogi w pociągach, wyluzowani Aussie w kraju kangurów, mix społeczności całego świata, który przyleciał do Nowej Zelandii po prawa do emerytury (4 lata płacisz podatki i masz!), czy klasyczny Hamerykanin zwiedzający park narodowy bez wysiadania ze swojego jeepa… Długo by wymieniać. Ale wszystkie te miejsca łączyło kilka rzeczy: działały kart kredytowe, były te same banki, te same fast-foody/sieci sklepów (lub ich odpowiedniki), sieci autostrad, ludzie wykonywali podobne zawody, wchodzili na podobne strony internetowe itd -wszystko było poukładane wg takiego nazwijmy go „anglosaskiego wzorca społeczno-ekonomicznego”. I było tak wszędzie, wszędzie poza Chinami. Tam banalna na co dzień wypłata pieniędzy z bankomatu, czy zakup biletu na pociąg, były już pewną przygodą i wyzwaniem :) i to mi się podobało! BARDZO! Czułem, że jestem w trochę już innym świecie. Może mniej pewnym, mniej komfortowym „cywilizacyjnie”, ale za to jak barwnym. I wiedziałem, że trzeba w tą część świata wrócić. A jak wrócić, to też ze sznurkiem ;) Szybkie wertowanie kilku portali wspinaczkowych i już wiedziałem, że Tajlandia i Indochiny to jest to!

Plan wycieczki w skrócie zakłada zajrzenie do Laosu, Wietnamu i oczywiście Tajlandii, ale może uda się też mniej oczywiste tam miejsca do wspinu znaleźć. A na koniec może Kambodża, acz już na szybko i bez magnezji. Teraz sam, a później z Najlepszym Możliwym Wsparciem ;) Na 6 tygodni.

Stay tuned i pozdr z Bangkoku! Jestem tu od 3h i niezła tu „dżungla” :)

Ps. Po drodze miałem nocny stopover w Qatarskim Doha.

PA270032b

Nabyłem wizę i wyszedłem zajrzeć jak się mają szejkowie. Widać, że mają się bardziej niż dobrze i zamarzył im się drugi Hong Kong za petrodolary. Widać, że ataków terrorystycznych się nie boją, bo kontrola na lotniskach to jakaś farsa porównując ją do tej z lotnisk EU/USA. Widać za to, że boją się Allaha, bo dziś dla mnie pierwszego pani stewardesa otworzyła czerwone wino na pokładzie :) A tak poza tym to bez szału, serio. Kilka robiących wrażenie drapaczy chmur, autostrady, toyoty, hummery, jeepy i nic więcej. Wszystko macie na fotach, nie ma O CZYM pisać ;)

3 thoughts on “A jednak! Wspindookola znowu nadaje, z Azji ;)

  1. Oj, z tymi prawami do emerytury w NZ to cos pokreciles, W NZ w ogole nie ma emerytury tylko minimalna panstwowa zapomoga samemu trzeba odkladac na fundusz… :P

  2. Marcinie – niech Cie zorza poranna prowadzi! Wierzę że wybrałeś się w piękne okolice. Pułkownikowi Kurtzowi tak się tam spodobało, że został na dłużej i ciężko go było z tego urlopu odwołać. Uważaj zatem na siebie, myśl o nas, myśl zawsze o domu. A gdyby zew dżungli mieszać zaczął już w głowie to pamiętaj że i w skromnej Łodzi – choćby na ul. Wschodniej – możesz przeżyć swój Czas Apokalipsy ;-)

  3. co do NZ, to może o to chodziło, że prawa do zapomogi… Rodaczka z CS opowiadała, ale to było przy winie ;)
    Prezesie, melduję, że będę uważał, a ul. Wschodnią i jej „koloryt” bardzo doceniam :)
    pozdr!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s