Yosemite, czyli „lubisz to” ;)

Odkąd się wspinam (a dokładniej odkąd zobaczyłem pierwszy raz serię filmów „Masters of Stone” ) zawsze marzyłem aby przyjechać do Doliny na wspinanie. Ogromne, absolutnie pionowe ;) ściany litego granitu, pogoda (jak przystało na Kalifornię) będąca odwrotnością tatrzańskiej, słynny Camp 4 zaludniony przez wspinaczy z całego globu, wyścigi na The Nose, materacyki pod Midnight Lightning, no i legendarna King Cobra ;)

Tak, to tu! Ale…  lekko to tu nie jest ;) Moje wręcz idyllicznie, „pocztówkowe” wyobrażenie o Dolinie, czerpane z różnej maści filmów i publikacji wspinaczkowych, zostało brutalnie zweryfikowane już pierwszego dnia pobytu. „Wakacje się skończyły! Trzeba napierać!”-  usłyszałem od moich dobrych Kumpli, gdy przyjechali po mnie na dworzec kolejowy w Merced :D No i cóż… Pierwszy dzień, człowiek niewyspany po nocy w samolocie i skołowany po zmianie czasu, ale nie ma zmiłuj. Pobudka o poranku, pakowanie worów, „rześka” godzina podejścia (a mówili, że w Yosemitach pod ściany 5 min trawiastą łączką…) i na dobry początek ok 11 wyciągów na pik Higher Cathedral Spire drogą za 5.9 ! Patrząc na wycenę droga choć w miarę długa, to można by powiedzieć, że „kursowa”, ale nie dajcie się zwieść… VII+ w Ratikonie, czy 7a w Verdon bywa bardziej „przyswajalne”…  No cóż, liczyłem się z tym, że odbędę tu lekcję pokory :)

Po wspinaniu upragniony dzień restu i Prezes oznajmia, że „najlepsza zabawa jest na największych ścianach”. Cel: Mt Watkins w 2 dni :) Kolejne przygotowania, pakowania, więcej logistyki, bo i trzeba na biwak się naszykować w połowie ściany. Zaczyna się przygoda! I szybko się kończy! :) Na dobry początek trochę pogubiliśmy się na podejściu i zeszły 4h… Później 200m „pałowania” na jumarach w pełnym słońcu z worami i „już” w samo południe jesteśmy na półce startowej i suszymy wszystkie ciuchy, które mieliśmy na sobie. W sumie jest wesoło, jest nas czworo, żarciki, dykteryjki, póki co taki „big wall” to ja rozumiem ;) Prezes z Grendim urabiają pierwszy wyciąg, a my sobie drzemiemy w cieniu :) Robi się gorzej, gdy o 16:30 na trzecim wyciągu zdajemy sobie sprawę z Maćkiem, że raczej nie mamy szans aby za dnia dojść do pierwszej biwakowej półki po 8-ym wyciągu… Pawły cisną dalej, a u nas szybka decyzja, zjazdy, spacer w dół i przed północą jesteśmy na kempie. No nic, następnym razem. Kolejna lekcja pokory i trening nóg za nami :)

Ale nie zrażeni ciśniemy z Maćkiem dalej! Kolejny rest, kolejne spostrzeżenia na temat gabarytów „statystycznego Amerykanina” i kolejny cel: Steck-Salathe – blisko 500m i 16 wyciągów rys i kominów (z naciskiem na to drugie) na Sentinel Rock. Oj znowu lekko nie było…  ale tym razem udało się. Ja miałem „przyjemność” zrobić jeden ze „squeezów” na bodajże czwartym wyciągu („squeez” to taka specyficzna odmiana tutejszych kominów, na ogół wąskich i bardzo „energożernych”), a Maciek przeszedł słynny komin The Narrows. Robiąc ów „squeez” byłem już prawie pewien, że albo na dobre w nim utknę i może jakieś śmigło z rangersami na pokładzie mnie ew. stąd wyciągnie, albo po prostu rzucę na dobre to wspinanie… a mówią, że to przyjemność :) Na całe szczęście po 11h i 15 min zameldowaliśmy się cali i zadowoleni na szczycie, i w sumie zdziwieni, że pomimo tych przygód i mojego jednego lotu dało radę wyrobić się w takim czasie. Następnego dnia zapytałem jeszcze Wujka Googla co ma do powiedzenia w temacie tej drogi i… całe szczęście, że nie zrobiłem tego przed wspinaniem ;) Okazało się, że kilku polskich „wymiataczy” miało tam swoje przygody i droga (choć nadal nie trudna) to do banalnych nie jest zaliczana. Po raz kolejny sprawdziło się, że czasem dobrze żyć w niewiedzy… ;)

Po przygodach ze „squeezami” nadszedł czas na kolejną drogę – East Buttres. Klasyk przez niektórych zaliczany do ściany El Capa (Tatanka), przez innych nie (Prezes), ale nie istotne. Istotne za to okazało się, że jest to ultra-klasyk Doliny i po podejściu pod ścianę zdaliśmy sobie sprawę, że ok 4-5 zespołów jest nad nami… Paweł z Grendim poszli przodem. Na stanowiskach cedzili tylko przez zęby w języku Szekspira, że „w Europie nie pytamy, w Europie wyprzedzamy” i szli pomiędzy plątaniną lin i camalotów wyprzedzając kolejne zespoły. Nam nie pozostało nic innego jak podążać ich śladami i skrzętnie unikając kontaktu wzrokowego z innymi zespołami parliśmy do przodu „wyścigając” (nomenklatura z Kutna) kolejnych „very fast climbers”. Kolejna lekcja, tym razem mniej bolesna ;)

W tak zwanym „międzyczasie” Tatanek z Czarkiem Modrzejewskim zrobili w pełni klasycznie jako pierwsi Polacy Regular Route na Half Domie – GRATY Mocarze! Oczywiście Tatanek, Człowiek z Kutna, bardzo się cieszył, że zrobił coś co nie udało się Pustelnik Bros, ale Prezes ze stoickim spokojem stwierdził, że Chłopaki „po prostu dokończyli ich robotę” :D

No i czas kończyć ten wpis, bo mnie Szanowni Koledzy zlinczują (a miało być jeszcze o „gralu” i Yosemite FaceLift 2012 :/ ). Pozdr!

4 thoughts on “Yosemite, czyli „lubisz to” ;)

  1. Cześć Marcin – Tutaj Tomek C czasowy kolega z „niedoli” z ul. Palki. Obudziłem sie o 7 rano w sobotę i pomyslałem że sobie znajde co tam u Ciebie się dzieje (ino ze Żwirek o blogu). I…….. zepsułeś mi weekend :-). Ja też tak i tam chce !!!!!!! Ide dzisiaj zrobić coś szalonego czyli skocze do „Śledzik i Zakąska” :-O …..Do zobaczenie na zupie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s