Nowa Zelandia? „Człowiek, człowiekowi wilkiem…”

„… a kiwi, kiwi, kiwi!” Całkiem lubię ten dowcip ;) i okazuje się, że to trzecie „kiwi” nie jest wcale „od tak”, gdyż jest to ptak naprawdę złośliwy i potrafi np. podziurawić namiot… A taki trochę przewrotny (i mam nadzieję intrygujący) tytuł wpisu nadałem, bo i ciężkie dla mnie czasy jako świeżo upieczonego blogera nastały… J23 znowu nadaje! Czyli Sam Prezes naszego zacnego Klubu (AKG Uć) stał się e-ekshibicjonistą! Na dobry początek ów Sam Prezes zaczął od charakterystyki „homo-weekendus” – gatunku wspinacza bardzo dobrze mi znanego, co zrobić. Polecam, ale oczywiście oceńcie sami: www.trzecizlewej.wordpress.com .

No ale miało być o Nowej Zelandii. Tradycyjnie, na zachętę jeden (z wielu) tutejszych widoków – naprawdę tu ładnie:

Długo zastanawiałem się jaką taktykę przyjąć. Do tej pory plan był prosty – kolejne przystanki na moim bilecie lotniczym dookoła świata dobierałem tak, aby w miarę łatwo móc się przedostać publicznymi środkami transportu do miejsc obfitujących we wspinanie (no, może to ponad 1500km do Getu z HK to nie było tak blisko…). A w NZ, z tego co się dowiadywałem, z transportem zbiorowym jest bardziej niż słabo. Tak więc alternatywy były dwie – wynajęcie auta lub „podróż za jeden uśmiech” autostopem. Opcję B przerabiałem bardzo skrupulatnie w czasach studenckich. Owszem, wspominam rzewnie i z sentymentem wiele razy przebytą trasę Gerlitz – Basel – Ceuse/Chamonix/Barcelona, ale już chyba wystarczy :) Opcji A natomiast bardzo się bałem – ruch lewostronny jest mi zupełnie obcy, ale chęć zobaczenia jak największego kawałka NZ jednak wygrała! W ten oto sposób (na oko kilkunastoletni i zarazem najtańszy w wypożyczalni ) Nissan Sunny stał się moim prywatnym campervanem na tydzień. Początek był niełatwy – odebrałem auto na lotnisku w Christchurch, gdy z nieba biło gradem, dziewczyna w wypożyczalni powiedziała, że w górach jest „heavy snow” i muszę zabrać łańcuch śnieżne, no i ta naklejka „keep left” przy kierownicy… Trochę traumy było. Dwa razy odruchowo skręciłem na nie mój pas, ale na szczęście ludzi tu niewiele na drogach :) Później już było zdecydowanie lepiej. Postanowiłem, że zrobię coś na co zawsze miałem ochotę – wsiądę do auta, rozłożę mapę na siedzeniu obok i najzwyczajniej w świecie pojadę przed siebie, tam gdzie będę miał ochotę, bez większego planu. I to był bardzo dobry plan! :) Czułem się trochę jak bohaterowie czeskiej „Jizdy” -świetny film, polecam!

Pierwsze miejsce, które przykuło moją uwagę na mapie południowej wyspy była najwyższa góra Nowej Zelandii – Mount Cook. No to pojechałem tam. Po drodze zahaczyłem o kilka bajkowych, błękitnych jezior otoczonych ośnieżonymi szczytami, a na miejscu… regularna zima. Za to pięknie! Mocno surowy klimat miasteczka Aoraki/Mount Cook sprawił, że miałem wrażenie jakbym był w jakiejś tajnej bazie na Kamczatce, albo w stacji badawczej na Spitsbergenie. Na miejscu zrobiłem kilkugodzinny spacer w stronę „góry gór” Kiwilandu, podziwiałem okoliczne szczyty, mosty linowe i lodowiec. Fajny dzień! Dalej pojechałem jeszcze bardziej na południe nad jezioro Wanaka. Też tak trochę bajkowo, ale już nie byłem taki ‘miękki’ i nie zatrzymywałem się co 15 min, aby zrobić kolejne zdjęcie :) Na miejscu wynająłem rower i pojechałem zwiedzać wybrzeże tego całkiem sporego jeziora. Trasa do płaskich i lekkich nie należała, to i się trochę zmęczyłem, ale stwierdziłem, że to w sumie bardzo dobrze, bo nie można tak całe dnie uprawiać „moto-foto-safari” (a tak się trochę czułem). Kolejnego dnia pogoda się popsuła, a ja obrałem kierunek na West Coast. Podziwiałem huraganowe wiatry nad Morzem Tasmańskim, lodowiec Fox Glacier i gorące źródła (jakieś 2km od tegoż lodowca). Wszystko „okraszone” taką trochę tropikalną przyrodą zrobiło na mnie spore wrażenie. Ale ile można być nad morzem? (szczególnie gdy pada…) Mnie ta dawka jodu wystarczyła zdecydowanie i po dotarciu do Greymounth odbiłem na zachód w kierunku… Castle Hill! Hmm… gdybyśmy mieli w Polsce taki rejon boulderowy, z TAKIMI widokami, to kto wie czy bym się na te kamyki całkiem nie przerzucił ;) Ale o tym niebawem .

Nieustające pozdr z drugiego końca świata!

Ps.1 Tabaszku, jeszcze raz 100!

Ps.2 Zawodniczko, Lukasie – 200! (bo Was dwoje, no i TAKA okazja!)

Ps.3 Po obejrzeniu filmu na blogu Pawła nareszcie wiem co Kuba robi w pracy całymi dniami :D

One thought on “Nowa Zelandia? „Człowiek, człowiekowi wilkiem…”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s