Buszujący w Blue Mountains

Zima w Australii przywitała mnie w Sydney słońcem, temperaturą powyżej 20 stopni i ogromem uśmiechów na ustach lokalnych ‘Aussie’. Wszyscy się pozdrawiają, pytają „jak się masz” (nie wygląda to na grzecznościową formułkę powitalną) i zdają się być naprawdę pozytywnie nastawionymi do życia ludźmi. Czy to nadal zbawienny wpływ Rodziny Królewskiej? Czy deski surfingowej i oceanu? A może ponoć sporych rozmiarów dziury ozonowej nad tym kontynentem?? Ciężko powiedzieć, ale ja bym ten optymizm hurtem wyeksportował do Pollandu. Oj przydałoby się…

Po pobieżnym rozejrzeniu się po Sydney zasiadłem w pociągu. Kierunek: Blue Mountains! Cel: oczywiście wspinaczkowy! Po dotarciu do Bleackheath w ramach ‘pierwszego obozu’ rozbiłem swój świeżo nabyty namiot marki Woolworths (nazwa nieprzypadkowo taka sama jak największa i najtańsza sieć hipermarketow w AU), przyodziałem się w moją wysłużoną puchówkę i pomyślałem, że w sumie to fajnie tak ‘bliżej natury’ biwakować po miesiącu podróżowania ‘na burżuja’ w Chinach. No ale długo się nie nacieszyłem tą bliskością z naturą… Następnego dnia przywiało pogodę rodem z Trango (tak to sobie wyobrażam Panowie ;)). Deszcz strugami lał się… w poziomie, pioruny nie oszczędzały lokalnych pagórków, a wiatr zgrabnie składał mój nowo nabyty przenośny domek… Na całe szczęście opatrzność czuwała i Simon, jeden z nowo poznanych lokalnych wspinaczy, ugościł mnie u siebie na chwilę, a później przeniosłem się do hostelu w Katoombie. Przez następne dni pogoda trochę się uspokoiła, choć amplituda temperatur była naprawdę imponująca i zdarzyło mi się wspinać zarówno w koszulce i szortach, jak i w puchówce.. (tej samej nocy sypnęło śniegiem, w Australii !).

A Blue Mountains – przepiękne! Hipnotyzują i powodują, że człowiek zaczyna czuć się trochę zagubiony w tym innym, ‚codziennym’ świecie, niczym Holden z powieści Salingera… Okazałych rozmiarów ściany z piaskowca o obłędnym, żółto-pomarańczowym kolorze, pokaźna ilość mniejszych i większych wodospadów, całkiem odmienna od ‘unijnej’ roślinność i… prawie żadnych zwierząt !? Ptaki, a i owszem – przeróżne papugi i inne takie, ale nic poza tym… Lokalsi mówią, że kangury naprawdę tu żyją i można je zobaczyć wieczorami na przedmieściach miasteczek, ale ja póki co widziałem tylko filety z nich (i jadłem – smaczne! a dla zainteresowanych dodam, że na 100g ponad 20g to białko i prawie nic tłuszczu!). Sama nazwa Blue Mountains („Góry Błękitne”) na pierwszy „rzut oka” nie współgra ze wspomnianym żółto-pomarańczowym kolorem skał, ale po kilku dniach pobytu miałem okazję przekonać się, że Simon nie kłamał i od czasu do czasu cała dolina przybiera kolor niebieski w różnych odcieniach. A bierze się to podobno stąd, że rosnące tu eukaliptusy wydzielają specyficzny olejek, który unosząc się w powietrzu nabiera niebieskiego koloru.

I coś o wspinaniu. Dorodne, piaskowcowe ściany w dużej ilości. Od 10-metrowych, ultra-siłowych i króciutkich dróg w przewieszeniu, po 300-metrowe ściany z wielowyciagami. Królują zdecydowanie krawądki i techniczne wspinanie po pionach, choć sektor Diamond Falls ze swoim przewieszeniem (i nadal nie za dużymi krawądkami) budzi respekt ;) I nawet o dziwo nie mam tu większych problemów ze znalezieniem kogoś do wspólnego wspinania, choć zdecydowanie tłumów (poza weekendami) nie ma w skałach. Trochę gorzej ze mną, a dokładniej ze skórą, która zaczęła się buntować i z co drugiego palca mam „mięsko” na wierzchu po dniu wspinania, a ‘tejpowanie’ już za bardzo nie pomaga… :( Ale nie ma tego złego i wymuszone resty pożytkuję uprawiając tzw. ‘bush walk’ (czyli po prostu spaceruję sobie po okolicy, ale tu to niemalże sport narodowy, więc i nazwa poważnie brzmiąca) i odwiedzając Sydney – super miasto! Ale o nim następnym razem.

Ukłony z Katoomby!

Ps. Maciek, dzięki za ‘patenty’ na Bluey’s! Zdrówka i mocy pod hiszpańskim el sol życzę!

7 thoughts on “Buszujący w Blue Mountains

  1. Ani mi sie waż jeść kangury! Toż to prawie jakbyś w Disneylandzie Myszkę Miki zjadł! Co za barbarzyństwo. Wpuścic chłopa do biura to i atrament wypije… Awokado sobie zjedz. A o skórę się nie martw, w Dolinie wszystko bedzie w klinie ;) I namiocik też solidny Ci wyszykujemy.

  2. oj tam, oj tam Prezesie… ;) no i dzięki Panowie za ogarnianie ekwipunku do doliny!
    Aneczka, coś dobrego przekąsimy jak za rok przylecisz!
    Melas, to źle chyba pod te Wasze kamyki? ;)
    pozdr!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s