Bye, bye Getu

UPDATE 15.08: wrzuciłem kilka fotek do galerii – zapraszam!

No i czas się żegnać z Getu, a fajnie tu! Dwa tygodnie minęły w ekspresowym tempie. Od wyjazdu z Hong Kongu widzieliśmy tylko pięć „białych twarzy”, wszystkie wspinające się, wszystkie w Getu, wszystkie na samym początku… Jaki z tego morał? Chyba nie zawsze można zakładać, że zawsze się ktoś znajdzie z kim można się związać z liną… Ale na szczęście opatrzność czuwała i Piotrkowi zachciało się dołączyć do mnie na 2 tyg – dziękować :)

Przez ten czas nawspinaliśmy się całkiem porządnie. Piotrek w ramach optymalizacji zużycia czasu zaproponował mocno młodzieżowy system  wspinania „3 na 1” (3 dni wspinania, 1 dzień odpoczynku itd.), a ja nie oponowałem, nie wypadało. Każdemu z nas udało się poprawić życiowe „cyferki” tu i ówdzie, czyli wiosnę chyba rzetelnie przepracowaliśmy pod pochylnią i na Bałuckiej Lidze ;) Plan minimum na wielowyciągach też udało się zrealizować. Z prawej strony Greate Arch’a padła bardzo fajna, (podobno) 180-metrowa ruta za 7b er-pe, ale niech naszą „słodką” tajemnicą pozostanie ile czasu łącznie zeszło nam obu na poprowadzenie ostatniego, najtrudniejszego wyciągu… tu optymalizacja wyszła nam słabo ;)

Poza wspinaniem testowaliśmy codziennie lokalną kuchnię i bardzo nam ona w smak! Wprawdzie jak Ola wyjechała (zna chiński!) to już nie było tak łatwo zamawiać, ale jakoś daliśmy radę. Na ogół kończyło się na wspólnej wizycie w kuchni, przejrzeniu zawartości zamrażarki i wskazaniu palcem, że chcemy to i to + oczywiście obligatoryjnie ryż. Lokalne piwo (fonetycznie „pidzio” – warto zapamiętać!), gdy mocno schłodzone, też pomagało czynnie walczyć z odwodnieniem. Jedno co nas zastanawiało, to podana na etykiecie informacja o zawartości alkoholu. Zawsze zamiast konkretnej wartości % było „>=”, np. „alk >=3%” – czyli teoretyczni mogli nas podstępnie poić trunkiem wysokoalkoholowym! Chińczycy to są…

W dni restowe staraliśmy się zobaczyć ciekawe miejsca w okolicy. Zdecydowanym zwycięzcą była zorganizowana przez naszego tour-operatora Olę P. wycieczka do wioski ZhongDong  w całości usytułowanej w sporej rozmiarów grocie (zdjęcie w poprzednim wpisie).  Na oko jakieś „-dzieścia” albo „-dzieści” domów, w dużej części bez dachów, bo i po co? Poza domami sporych rozmiarów boisko do kosza(!) oraz podobno już nie działająca szkoła. Warto zobaczyć! Więcej o tym miejscu możecie przeczytać na blogu Oli: http://olaprzybysz.wspinanie.pl/blog/2012/05/ . Wybraliśmy się też do najbliższego miasta nieopodal – Zuiyn. Poza żyłką eksploratorską niebanalną motywacją było widmo końca zapasów lokalnej waluty, tak więc ruszyliśmy szlakiem lokalnych banków. Okazało się, że chińskie rezerwy walutowe, wynikające z miażdżącej przewagi eksportu nad importem, mają się chyba bardziej niż dobrze – nikt nie chciał od nas „zielonych”! Bankomaty też coś nie chciały współpracować z początku, ale całkiem przypadkiem udało nam się jeden kompatybilny do polskich „plastików” znaleźć. Zaopatrzeni w pokaźną liczbę wizerunków Przewodniczącego Mao (jest na każdym banknocie) poszliśmy w miasto i… nic specjalnego. Wszędzie jakaś lokalna gastronomia, ciuchy, albo (mocne słowo) „salony” China Mobile – Chińczycy kochają komórki!

Zafundowaliśmy też sobie wycieczkę łodzią motorową po rzece Getu. Warto, bo wpływa się do dwóch naprawdę pokaźnych rozmiarów grot skalnych, w których gra świateł i półcieni robi niesamowite wrażenie. Można się poczuć trochę jak Indiana Jones ;) W połowie drogi miedzy grotami jest przewidziany przystanek na spoczynek w wiosce mniejszości Mao (nazwa niezwiązana z Przewodniczącym). Mają ładne, plecione domy i… bardzo dobre przekąski ;)

No i „last but not least”! To co mi najbardziej zapadnie w pamięci z Getu to wcale nie ten kosmicznych rozmiarów łuk skalny, ale przesympatyczni, uśmiechnięci miejscowi ludzie. Wszyscy cię pozdrawiają, machają, zapraszają na jedzenie, częstują lokalnym samogonami (dobre!) lub choćby symbolicznym papierosem. I choć nie kryją się z nadzieją, że wspinacze-„westmani” dadzą im w przyszłości godnie zarobić, to póki co zdecydowanie nie czuliśmy się tu „targetem”. Wypada powiedzieć „dziękuję” – fonetycznie „sie sie” (też warto zapamiętać). Ukłony!

Ps. Za 4h pobudka, więc galerię podepnę w wolnej chwili.. Jutro Piotrek rusza w drogę powrotną do PL, a ja już samemu przemieszczam się w stronę YangShuo. Jak gładko pójdzie to w 30h powinienem się zmieścić ;)

3 thoughts on “Bye, bye Getu

  1. boisko może być, bo ścianka im nie potrzebna ;) a Getu – YangShuo… 0:1 – oj fajnie tu! ale o tym następnym razem ;) pozdr!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s