Byle do Getu

Z Hong Kongu trzeba się było przemieścić do Getu. Jak na Chiny dystans skromny, bo ok 1500km, ale trochę zachodu z tym było. Najpierw do Shenzen wygodnie i bezproblemowo, bo hong kong’skim metrem. Tam granica, wizy, poważni urzędnicy stemplujący namiętnie paszporty niczym roboty i policjanci, wielu policjantów. Od tego momentu zaczynają się prawdziwe Chiny. Dworzec kolejowy i eleganckim pociągiem z klimatyzacją mkniemy do Guangzhou krótki odcinek. Tam pierwsza batalia o dostanie się do kas biletowych. W życiu bym nie pomyślał, że tyle osób może jednocześnie przemieszczać się pociągami!

Pociągów jest sporo, ale ludzi którzy chcą do nich wsiąść jeszcze więcej… na szczęście dla nas bilety mają numerowane miejsca, a my już mamy kupione kuszetki na najdłuższy, 22-godzinny pociąg do Guiyang (tu BARDZO DUŻE podziękowania dla przesympatycznej Oli Przybysz, która nam je zakupiła – thx Ola! ). Trzeba tylko dostać się do kas, pokazać rezerwację i paszport, i odebrać bilet. Z ciekawostek strona kolei chińskich nie ma opcji „English”, a jeśli nawet macie kogoś w PL, kto zna te chińskie „krzaczki” to i tak może być problem z wcześniejszym zakupem biletów, bo system pokazuje, że wszystko sprzedane… Przynajmniej tak było w naszym przypadku, ale na szczęście Ola rezyduje w Szanghaju i szeroko rozumianych okolicach ;) Sam przejazd z miejscami typu „hard sleeper” okazał się nie taki „hard”, choć razem z Piotrkiem zgodnie stwierdziliśmy, że Chińczycy to naród nad wyraz głośny i krzykliwy, i tęskno nam już do ciszy… Ale za to trzeba przyznać, że to naród bardzo przyjaźnie nastawiony do obcokrajowców. Każdy się uśmiechał i chciał coś pomóc, choć angielskiego prawie nikt tu nie zna…

Wracając do podróży. W Guiyang był plan przesiąść się na autobus, ale nie udało się odszukać dworca. Za to mieliśmy okazję przejechać się 2h pociągiem typu nasza „osobówka” – bilet za ok 4 pln, w ramach klimatyzacji wentylatory pod sufitem i to co najlepsze… ktoś próbujący coś sprzedać przechodził koło nas co ok minutę… Chiny akwizycją stoją! Gotowane jajka, kukurydza, zupki, groszki różnorakie, kurze łapki (miały największe wzięcie), papierosy i wódka, jakieś wisiorki, parasolki itd. A na sam koniec sama pani konduktor przechadzała się sprzedając gustowne paski skórzane :)

Dalej jeszcze autobus z Anshun do Zuin (oj lubią kierowcy używać klakson zamiast migaczy) i na burżuja ostatni fragment do Getu by taxi, jako że już późno było i złapać ostatniego autobusu nie było nam dane. A o samym Getu (niebanalne miejsce) już bardziej wspinaczkowo następnym razem!

Pozdr i dzięki za odzew w komentarzach oraz budującą statystykę odwiedzin strony – 谢谢 ! Aż chce się popełnić kolejne posty :)