Evacuacion para Piedra Parada

Czyli dosłownie, ewakuacja do przystanku skała. Nareszcie! O Atacamie i jej nieziemskich widokach (tak sobie wyobrażam powierzchnię Marsa, no może bez flamingów) już się rozwodziłem w poprzednim wpisie. Warto to zobaczyć raz w życiu, ale… raz. Tak z tydzień, może max dwa, to jak dla nas w sam raz. I uciekliśmy. Na lotnisku w Calamie Marta przedstawiła swoją już nieaktualną godność  za pomocą polskiego dowodu osobistego i odlecieliśmy do Santiago (tu polecamy SKY Airlines – w Chile dobra siatka połączeń i tak z 3x tańsze niż LAN-em). Na parkingu lotniska zamiast karty kredytowej  wyciągnęliśmy skrzętnie skrywane zawiniątko jedynej słusznej (zielonej) waluty świata i poczuliśmy się trochę niczym bohaterowie filmu kryminalnego robiący interesy spod ciemnej gwiazdy. „Cash is the king” wciąż aktualne.  I cóż, tym razem nie Hertz, nie Avis i inne takie. Wynajem auta w Ameryce Południowej to zupełnie inny wymiar skomplikowania niż w Europie – warto wczytać się w detale umowy – brak ubezpieczenia na nie asfaltowych drogach, a tych nie mało…

Ale udało się – odebraliśmy naszą małą „amfibię”4×4 w postaci Suzuki Jimny i ruszyliśmy przed siebie, z wolna… Czy ktoś z szanownych łodziaków, stołecznych „słoików” czy rodowitych warszawiaków uważa, że ma zakorkowane miasto? Polecamy w takim razie wyjazd z Santiago w godzinach popołudniowych – 30km ok 3h… Wystarczająco dużo czasu na „podziwianie” nie do końca najpiękniejszych peryferii miasta.  Po drodze nabyliśmy jeszcze niezbędny do przetrwania zestaw outdoorowy w postaci krzesełek, stolika (Sodimac, rekomendujemy) i oczywiście wina, i… Czytaj dalej

Luna de miel Trip en el desierto de Atacama!

Hola Amigos! Znowu jest O CZYM pisać, zatem kolejny „sezon” wspindookoła-pamiętnika uważam za otwarty! Czy będzie tak ciekawy jak perypetie Pablo Escobara w serialu Narcos? Tego nie wiem, oby nie aż tak… :) Za to klimat hiszpańskojęzyczny zdecydowanie będzie królował – w planie 2 miesiące włóczęgi po Ameryce Południowej. Jak to Małżonka stwierdziła, takie lokalne „ABC” – czyli Argentyna, Boliwia i Chile! No i właśnie, Małżonka… :) Nie wdając się w rodzinne (już) szczegóły (wszak nie o tym blogowe perypetie), tyci się działo przez ostatni rok. Sylwestrowy Margalef na hiszpańskiej prowincji z pytaniem „CZY?” został dopełniony sakramentalnym „TAK!” na umiłowanej Ziemi Obiecanej, a ukoronowaniem całego procesu zakładania „podstawowej komórki społecznej” będzie owa wycieczka. Choć tak właściwie zamiast słowa „będzie” powinienem użyć „jest”. I jest pięknie! Y es hermoso, en Bolivia! Ale tradycyjnie, po kolei.

uyuni

Dwa miesiące na drugim końcu świata cieszy. Ba, nawet bardzo!  W tym miejscu grande „łubu dubu” dla moich Szefów, którzy ze zrozumieniem patrzą na uzależnienie od wycieczek mniejszych… jak i większych. A plan owej wycieczki zakłada trzy części: widokowo-turystyczną, spacerową, jak i (oczywiście) wspinaczkową!

Czytaj dalej

Chicago B&W

I po kolejnej eskapadzie. Cóż, przemyśleń wiele… ale spokojnie, tym razem będzie mniej wylewnie :) Zamiast rozważań natury wspinaczkowo-około-egzystencjalnej (okraszonych oczywiście nutką dekadencji) trochę fotek z Czikago – naszego ostatniego przystanku. Samo miasto (a dokładniej centrum) ok, fajne. Spora kumulacja drapaczy chmur daje Chicago 5-te miejsce na świecie w tej jakże zaszczytnej (dosłownie) konkurencji posiadania jak największej ilości wieżowców (HK No.1). Dokładając do tego umiejscowienie downtown nad samym jeziorem Michigan i interesującą, industrialno-modernistyczną architekturę z początku ubiegłego wieku, otrzymujemy całkiem ładne widoki. Jeśli ktoś lubi takie miejskie „dżungle” (ja lubię! acz max 2-3 dni) to ogólnie… obleci :)

Wcześniej, przy okazji głosowania w wyborach, odwiedziliśmy na chwilę „Jackowo”, czyli słynną „polską” dzielnicę. Niestety, zdecydowanie nie jest to Beverly Hills 90-210 (pamiętałem kod pocztowy! :D). A i poza dosłownie kilkoma narodowymi akcentami typu pub „Białystok”, polski sklep z „jumbo polish sausage„, czy przykościelne plakaty o… ŚP. ks. Popiełuszce, to nie było tam zbyt wielu biało-czerwonych motywów. A mówią, że drugie po Wawie polskie miasto… Ale co tu dużo pisać, jak nie ma o CZYM :) Zapraszam do galerii.

Czytaj dalej

RED, Red River Gorge

Siedzimy sobie w Red (używając lokalnej nomenklatury) już/dopiero 2 tygodnie z Silnym Tomaszkiem i odczucia mamy podobne – że ledwo „nadgryźliśmy” to „ciasteczko”. A „ciasteczko” jest o całkiem sporej gramaturze… Nabyliśmy raptem jeden z dwóch dostępnych tomów przewodnika, ten z bardziej popularnymi sektorami. Staramy się często zmieniać miejsca i nie robić zbyt wielu wstawek w te same drogi (w miarę możliwości oczywiście :D). W resta czasem zdarza się nawet pospacerować i pooglądać dotychczas niedotknięte ściany:) iiii…? I ciągle mamy niedosyt. DUUUŻO tego! Wszak Ju-Es. Tu wszystko musi być duże i oczywiście „osom”. A wspin w Red jest bezapelacyjnie OSOM.

Mina Leslie-Wujastyk na Kaleidoscope 8a+

Ale co by nie było tak „sucho” o samym miejscu, to może połączę to z tematem wyjazdów wspinaczkowych, jak to widzę. Dawno już nie byłem na takiej stricte wspinaczkowej eskapadzie jak ta. Ostatnimi czasy starałem się raczej łączyć moje uzależnienie od przechwytu i magnezji z nieustającą ciekawością świata. Trochę się powspinać, trochę pozwiedzać, poznać nowe miejsca i ludzi. A tym razem? Jakby to po angielsku/hamerykańsku dobrze ująć? Może „back to basics”. A na polski? Hmm… „powrót do źródeł”? Sam nie wiem… Po prostu niewiele potrzebujesz, a jest dobrze.

Czytaj dalej

O KFC z USA

Cóż, trochę gorzkich żali na podróżowanie bez sznurka wylałem w poprzednim poście to teraz, dla równowagi duszy i ciała, samo wspinanie. I jak to w USA, tylko OSOM! Piękne Panie, silni Panowie, pozwólcie że przedstawię: KFC, czyli… Kentucky Fun Climbing, aka Red River Gorge. Podobno najpopularniejsze wspinanie sportowe w krainie wielkich pick-up’ów i koszul w kratę. I już widzę, że całkiem zacne. A tak poza tym niezła dziura pośrodku dosłownie niczego (nie wliczając McDonaldów, one są na każdym skrzyżowaniu).

P1017962-18

O szukaniu miejsc w których chciałoby się wyczerpać zapas swoich bezcennych dni urlopu można by pewnie napisać niezłą książkę. O negocjacjach par/małżeństw/konkubinatów/kumpli-od-liny w tym temacie.. na pewno bestseller. Ja tego wątku nie rozwijam, nadmiernie (dla jasności, winnych też nie szukamy:) ). W tym roku po prostu stanęło na kilku wyjazdach zamiast dłuższego tripu i nareszcie (dla mnie) nadszedł czas na wspin. Kompanem od sznurka ochoczo zgodził się zostać Silny Tomaszek. No i polecieliśmy.

Czytaj dalej

Wakacje w chińskim PKS-ie. Z dystansu.

Nadrabiam zaległości !!! Oj tak, coś nie mogłem się zabrać za ten ostatni, podsumowujący naszą chińską „pętelkę” wpis… ale to wcale nie oznacza, że było niefajnie. Było, hmm… inaczej :)

Podróżując ze sznurkiem po skałach cel jest oczywisty – wspinać się! Jest prościej. Dużo prościej. Szukasz fajnych ścian, ładnych linii. Niektórzy mają swoje „prodżekty” (i psyche ze stali), inni wolą się „nawspinać” idąc drogi od lewa do prawa. Jakiś kemping, kwaterka lub „każdy krzak naszym domem” w myśl zasady „śpimy jak kloszardzi, stołujemy się jak królowie” . Poranna kawa, wieczorne wino lub pszeniczka, rozmowy o życiu i pierdołach. Uwielbiam. Do tego (zdecydowanie „last, but..”) „czynnik ludzki” i poznawanie nowych miejsc. Poznawanie niejako przy okazji, ale dla mnie w idealnych proporcjach. Bo ile można podziwiać jakąś piękną, starą zabudowę miasteczka w Prowansji, czy „hi-tech” miasto w Chinach? Oczywiście, to zależy.. ale dla mnie noc pod gwiazdami „w krzaku” bije te „atrakcje” na głowę…

A jak jest „bez sznurka” ? Szukasz tych „atrakcji” , czy jak zwał, tak zwał. Kolejnych punktów na mapie, które chcesz połączyć kreskami niczym wzorowy uczeń zerówki. Czasem wręcz odhaczyć, brzydko ujmując. Fajnie by było zobaczyć coś pięknego, interesującego, czy ciekawego z punktu widzenia historii. Więc szukasz – w przepastnym necie, na blogach, w przewodnikach Lonely Planet, Tripadvisor czemu nie, a może znajomi byli i coś podpowiedzą? I szukasz, ty i miliony innych „podróżników” (cudzysłów intencjonalnie). A w Chinach dosłownie, MILIONY… I z jednej strony chciałoby się dotrzeć w jakieś niesamowite miejsce, a z drugiej najlepiej jakbyś był tam samemu. Albo przynajmniej nie w tłumie. Ciężka sprawa. Funkcje celu rozbieżne. I chyba tylko gdzieś w niedostępnych górach, dżunglach itd.. możliwe. A tak to „podróżujesz” szukając kolejnego wi-fi, co by kolejny „punkt” na mapie odszukać. Cóż.. my w tym roku takie punkciki połączyliśmy kreskami :)

mapa1

I powtarzam, dementuję, nie było tak źle! Wszak „czynnik ludzki” vel Pani Doktor nadrabiał atrakcyjność „atrakcji” :) Ale tradycyjnie, po kolei i raczej oszczędnie w słowach…

Czytaj dalej

Złodziej dusz Tybetu

Nigdy nie miałem śmiałości… Serio! To był dla mnie zawsze wielki problem podczas wszelkich wojaży. Podejść do kogoś, wycelować i „strzelić”, ot tak. Zwykle starałem się ukradkiem, stojąc gdzieś z boku, czasem za plecami. Albo „na ślepo”, bez pedantycznego wpatrywania się w wizjer, mając aparat niedbale zwieszony na szyi. Czasem czułem, że ten Ktoś będzie zły. Odpuszczałem. Czasem było łatwiej. Gdy z tym Kimś udało się nawiązać kontakt, choćby wzrokowy, można było nieśmiało (i często na migi) przedstawić swój niecny plan. Tak było najlepiej. Zwykle pojawiał się uśmiech. I już nie czułem się złodziejem ;)

Wystarczy tego grafomaństwa :D Zapraszam do galerii. Serdecznie!

Czytaj dalej