Z Bariloche opłotkami do Los Condores

W tym roku święta przyszło nam spędzić nietypowo, hen hen daleko od rodzinnego stołu, karpia i chyba statystycznie najczęstszej deszczowo-śnieżnej pluchy. Nie było też turnieju 4 skoczni, Kevina samego na włościach i kolęd Mazowsza… Przyznaję, trochę nieswojo, czy raczej inaczej. Zamiast tego rozbiliśmy nasz mały namiot w bajkowej scenerii okolic Bariloche. Kraina jezior pocięta całkiem stromymi pagórkami gdzie i nawet kilka fajnych skał do wspinania da się znaleźć (dla zainteresowanych: barilochevertical.com.ar ). A do tego wiele małych browarów z piwem rzemieślniczym, nieustająco dobry wybór argentyńskiego Malbeca i wybornej wołowiny, i… CZEKOLADA !!! Duuuużo przepysznej czekolady produkowanej lokalnie. Polecamy czekoladowe ravioli z parmezanem w Rapa Nui popijane gorącą czekoladą z dulche de leche (taka ich roztopiona „krówka”), a na deser oczywiście czekoladowy mus– kubki smakowe oszalały!!! Jak dobrze, że nie zabrałem ze sobą wagi, a wyjazd z góry ochrzciłem raczej wycieczkowym, niż wspinaczkowym. Było pysznie :D

p1011882-1

Sceneria, czekolada, wspinanie około-wigilijne (w dość rześkich podmuchach wiatru)– miłe akcenty, acz „czynnik ludzki”… bezcenny. Niezastąpione Rodzinki daleko,  towarzystwo Super Żony (zdecydowanie!) bezcenne, ale jakoś tak wspólnie stwierdziliśmy, że może akurat w ten wigilijny wieczór byłoby milej tak bardziej stadnie, w grupie. Siła przyzwyczajenia?  I jak się pewnie domyślacie niezawodny los/siła wyższa/rachunek p-swa (*niepotrzebne skreślić) pomógł nam znaleźć dobrych ludzi, choć droga była kręta… Czytaj dalej

Patagoński konkurs piękności

Im jestem starszy, tym bardziej zauważam, że czas przyśpiesza nieliniowo i.. niemiłosiernie. Od wyjazdu z El Chalten minęły dwa tygodnie. Ot „pstryk” i już po przemierzaniu argentyńskiej pampy prostą niczym od linijki Ruta 40. Pstryk, polowanie na Torres del Paine zakończone. Pstryk i po całkiem przyjemnych okolicach Bariloche. I człowiek nawet czasu nie miał co by e-kshibicjonizm blogowy prowadzić, że o ambitnych, opasłych (i nietkniętych) tomach literatury nie wypada wspomnieć.. Acz z drugiej strony to chyba dobrze. Dzieję się i jest mocno intensywnie. Z pierwszych przemyśleń – dwa miesiące to absolutna marność na eksplorowanie Ameryki Południowej, nawet w tak wąskim zakresie jaki planowaliśmy. Tym nie mniej, jest super :) Ale tradycyjnie, w miarę możliwości po kolei..

Z El Chalten „konkurs piękności” zdecydowanie wygrało Cerro Torre, choć i Fitz Roy całkiem zacnie wygląda. Urok owych turnic na pewno (jak dla mnie) przyćmiewa ilość osób pielgrzymująca codziennie w ich okolice najpopularniejszymi szlakami. Super odmianą była nasza 3-dniowa wycieczka na Paso del Viento. Nadal spacerek, choć już wymagał przeprawy tyrolką i odrobinę orientacji po gubiącym się szlaku na skraju moreny i całkiem potężnego lodowca. A w nagrodę… piękny widok z przełęczy na bezkres ogromnego lądolodu ciągnącego się za masywem Fitz Roya i Cerro Torre. No i ta PUSTKA.. bezcenne.

p1011731-25

A w parku Torres del Paine? Jury „konkurs piękności” na „miss chilijskich gór” nie było już tak jednomyślne. Oczywiście same ikony Patagonii, trzy wieżyce Torres robią wrażenie… Oj czapki z głów za przedarcie się przez te ściany. Piękne monolity, piękne miejsce. Acz… całościowo, nagrodę „zespołową” przyznałbym chyba pikom z French Valley. Widok z Campo (mirador) Britanico… mógłbym tam leżeć i chłonąć okoliczności przyrody godzinami…

Czytaj dalej

Spacerkiem po El Chalten

El Chalten, czyli „dymiąca góra”. Małe, całkiem przyjemne miasteczko otoczone takimi ikonami jak Fitz Roy, czy Cerro Torre. Można pospacerować, zjeść sztejka (za sek wybywamy na miasto – nie tylko makaron!). Fajne 5 dni spacerów mniejszych i większych. Pogoda – igła! Coś ściemniają z tą pogodą w patagguczczi :) Ale co tu dużo pisać, pięknie tu!

p1011333-24

I tym razem nie rozpisuję się. Wszak ponoć „więcej niż tysiąc słów”… Zatem zapraszam do galerii. Czytaj dalej

Evacuacion para Piedra Parada

Czyli dosłownie, ewakuacja do przystanku skała. Nareszcie! O Atacamie i jej nieziemskich widokach (tak sobie wyobrażam powierzchnię Marsa, no może bez flamingów) już się rozwodziłem w poprzednim wpisie. Warto to zobaczyć raz w życiu, ale… raz. Tak z tydzień, może max dwa, to jak dla nas w sam raz. I uciekliśmy. Na lotnisku w Calamie Marta przedstawiła swoją już nieaktualną godność  za pomocą polskiego dowodu osobistego i odlecieliśmy do Santiago (tu polecamy SKY Airlines – w Chile dobra siatka połączeń i tak z 3x tańsze niż LAN-em). Na parkingu lotniska zamiast karty kredytowej  wyciągnęliśmy skrzętnie skrywane zawiniątko jedynej słusznej (zielonej) waluty świata i poczuliśmy się trochę niczym bohaterowie filmu kryminalnego robiący interesy spod ciemnej gwiazdy. „Cash is the king” wciąż aktualne.  I cóż, tym razem nie Hertz, nie Avis i inne takie. Wynajem auta w Ameryce Południowej to zupełnie inny wymiar skomplikowania niż w Europie – warto wczytać się w detale umowy – brak ubezpieczenia na nie asfaltowych drogach, a tych nie mało…

Ale udało się – odebraliśmy naszą małą „amfibię”4×4 w postaci Suzuki Jimny i ruszyliśmy przed siebie, z wolna… Czy ktoś z szanownych łodziaków, stołecznych „słoików” czy rodowitych warszawiaków uważa, że ma zakorkowane miasto? Polecamy w takim razie wyjazd z Santiago w godzinach popołudniowych – 30km ok 3h… Wystarczająco dużo czasu na „podziwianie” nie do końca najpiękniejszych peryferii miasta.  Po drodze nabyliśmy jeszcze niezbędny do przetrwania zestaw outdoorowy w postaci krzesełek, stolika (Sodimac, rekomendujemy) i oczywiście wina, i… Czytaj dalej

Luna de miel Trip en el desierto de Atacama!

Hola Amigos! Znowu jest O CZYM pisać, zatem kolejny „sezon” wspindookoła-pamiętnika uważam za otwarty! Czy będzie tak ciekawy jak perypetie Pablo Escobara w serialu Narcos? Tego nie wiem, oby nie aż tak… :) Za to klimat hiszpańskojęzyczny zdecydowanie będzie królował – w planie 2 miesiące włóczęgi po Ameryce Południowej. Jak to Małżonka stwierdziła, takie lokalne „ABC” – czyli Argentyna, Boliwia i Chile! No i właśnie, Małżonka… :) Nie wdając się w rodzinne (już) szczegóły (wszak nie o tym blogowe perypetie), tyci się działo przez ostatni rok. Sylwestrowy Margalef na hiszpańskiej prowincji z pytaniem „CZY?” został dopełniony sakramentalnym „TAK!” na umiłowanej Ziemi Obiecanej, a ukoronowaniem całego procesu zakładania „podstawowej komórki społecznej” będzie owa wycieczka. Choć tak właściwie zamiast słowa „będzie” powinienem użyć „jest”. I jest pięknie! Y es hermoso, en Bolivia! Ale tradycyjnie, po kolei.

uyuni

Dwa miesiące na drugim końcu świata cieszy. Ba, nawet bardzo!  W tym miejscu grande „łubu dubu” dla moich Szefów, którzy ze zrozumieniem patrzą na uzależnienie od wycieczek mniejszych… jak i większych. A plan owej wycieczki zakłada trzy części: widokowo-turystyczną, spacerową, jak i (oczywiście) wspinaczkową!

Czytaj dalej

Chicago B&W

I po kolejnej eskapadzie. Cóż, przemyśleń wiele… ale spokojnie, tym razem będzie mniej wylewnie :) Zamiast rozważań natury wspinaczkowo-około-egzystencjalnej (okraszonych oczywiście nutką dekadencji) trochę fotek z Czikago – naszego ostatniego przystanku. Samo miasto (a dokładniej centrum) ok, fajne. Spora kumulacja drapaczy chmur daje Chicago 5-te miejsce na świecie w tej jakże zaszczytnej (dosłownie) konkurencji posiadania jak największej ilości wieżowców (HK No.1). Dokładając do tego umiejscowienie downtown nad samym jeziorem Michigan i interesującą, industrialno-modernistyczną architekturę z początku ubiegłego wieku, otrzymujemy całkiem ładne widoki. Jeśli ktoś lubi takie miejskie „dżungle” (ja lubię! acz max 2-3 dni) to ogólnie… obleci :)

Wcześniej, przy okazji głosowania w wyborach, odwiedziliśmy na chwilę „Jackowo”, czyli słynną „polską” dzielnicę. Niestety, zdecydowanie nie jest to Beverly Hills 90-210 (pamiętałem kod pocztowy! :D). A i poza dosłownie kilkoma narodowymi akcentami typu pub „Białystok”, polski sklep z „jumbo polish sausage„, czy przykościelne plakaty o… ŚP. ks. Popiełuszce, to nie było tam zbyt wielu biało-czerwonych motywów. A mówią, że drugie po Wawie polskie miasto… Ale co tu dużo pisać, jak nie ma o CZYM :) Zapraszam do galerii.

Czytaj dalej

RED, Red River Gorge

Siedzimy sobie w Red (używając lokalnej nomenklatury) już/dopiero 2 tygodnie z Silnym Tomaszkiem i odczucia mamy podobne – że ledwo „nadgryźliśmy” to „ciasteczko”. A „ciasteczko” jest o całkiem sporej gramaturze… Nabyliśmy raptem jeden z dwóch dostępnych tomów przewodnika, ten z bardziej popularnymi sektorami. Staramy się często zmieniać miejsca i nie robić zbyt wielu wstawek w te same drogi (w miarę możliwości oczywiście :D). W resta czasem zdarza się nawet pospacerować i pooglądać dotychczas niedotknięte ściany:) iiii…? I ciągle mamy niedosyt. DUUUŻO tego! Wszak Ju-Es. Tu wszystko musi być duże i oczywiście „osom”. A wspin w Red jest bezapelacyjnie OSOM.

Mina Leslie-Wujastyk na Kaleidoscope 8a+

Ale co by nie było tak „sucho” o samym miejscu, to może połączę to z tematem wyjazdów wspinaczkowych, jak to widzę. Dawno już nie byłem na takiej stricte wspinaczkowej eskapadzie jak ta. Ostatnimi czasy starałem się raczej łączyć moje uzależnienie od przechwytu i magnezji z nieustającą ciekawością świata. Trochę się powspinać, trochę pozwiedzać, poznać nowe miejsca i ludzi. A tym razem? Jakby to po angielsku/hamerykańsku dobrze ująć? Może „back to basics”. A na polski? Hmm… „powrót do źródeł”? Sam nie wiem… Po prostu niewiele potrzebujesz, a jest dobrze.

Czytaj dalej