Yading – polowanie na święte góry Buddyzmu

Cóż, wycieczka do Chin w tym roku raczej krótka, a-wspinaczkowa i wydawałoby się, że będzie sporo czasu na skrobnięcie jakichś e-zapisków z drogi. Nic bardziej mylnego. Aż sam jestem zdziwiony. Po wylądowaniu w Chengdu kamień z serca spadł i moja Mądra Głowa jednak przywitała mnie na lotnisku. „Jednak” bo było trochę historii „z dreszczykiem” aby tu się dostała o czasie, ale udało się, UFFF… (Szczegółów nie zdradzę. Jak będzie wola to sama coś skrobnie w swoim e-pamiętniczku o BARDZO wymownej nazwie www.niejestesmytudlaprzyjemnosci.wordpress.com ).

Gry plan na ten rok zakładał drobną włóczęgę po okolicach Tybetu Wschodniego w Syczuanie. A że plany są po to aby je (czasem) zmieniać, to i tym razem nie obyło się bez „drobnych” modyfikacji. Miał być przejazd w okolice Daocheng (dosłownie koniec świata – 2 dni po górskich serpentynach od Chengdu). Spacery po Yading Nature Reserve i okolicach Litangu. Opcją był też tybetański „płaskostan” okolic Aby. W dużym skrócie: piękne góry i kultura Tybetu nie będąca jeszcze pod takim zniewoleniem jak okolice Lhasy. Co wyszło/wychodzi z planu? Spora pętla przez wspomniane okolice plus dodatkowo przemierzanie prowincji Yunnan. Można by rzec – droga jest celem – i to by BARDZO pasowało do tegorocznych wojaży :) O dalszej trasie następnym razem, a teraz trochę o Yading (po Tybetańsku “Nyiden” – ཉིན་རྟེན་), co oznacza “wychodzący na słońce”, hmm…

Czyż nie przepiękna góra? Mnie szczerze urzekła i chyba wpisuję ją jako „numer 1” na listę pików, które miałem przyjemność zobaczyć na własne oczy. Mount Jampelyang – 5958 mnpm. Nazwa po Tybetańsku oznacza „mądrość”. Jest to jedna z trzech świętych gór Buddyzmu i z racji kultu jakim są otaczane, nie są one dostępne dla śmiałków chcących na nie wejść. Obok wznoszą się Chenresig (najwyższa – 6032 m.) i Chana Dorje. Cała „trójca” podobno ciężka do zobaczenia w porze deszczowej, a taką tu teraz (lipiec – sierpień) mamy. Ale „polowanie” się udało, choć nie za pierwszym podejściem. Czytaj dalej

From Berlin with Chalk

A dokąd? A do Chengdu w Chinach, na (OBY!) dobry początek. A czemu z Berlina? A bo tyci taniej, wygodniej i oczywiście szybciej tak samolotem. Oczywiście, bo przeca wszyscy wiedzą, że mam właściwie z domu bezpośredni(!) pociąg w ten odległy zakątek świata. Tak, tak… Dla niezorientowanych już tłumaczę. Bodajże jedyne kolejowe połączenie z Polski (Europy?) do Chin. Panie, Panowie… Łódź Olechów – Chengdu! Czyż nie brzmi dumnie? Oczywiście! Szczególnie w uszach tych, którzy wiedzą co to ten zapyziały Łódź Olechów :) I oczywiście detale grają rolę więc dodam tylko, że póki co to możemy nadać co najwyżej cargo i przewieźć je przez bagatela 2 tygodnie z rzeczonego punktu A do B. Ale współpraca między oboma miastami podobno rozwija się prężnie (lokalne media nieustająco donoszą). Jak będzie chwila, to może odszukamy przedstawicielstwo miasta LDZ w tym 11-milionowym miasteczku (media donoszą, że istnieje takowe) i podpatrzę jak tam zacieśnianie współpracy tych dwóch światowych metropolii. Ale nie to jest oczywiście planem obecnej wycieczki.

Jak co roku pomysłów w mojej głowie było na co najmniej 5-cio-osobo-dożywotnio wykorzystanych urlopów. Głowa nr 2 (mądra Głowa!) pomysłów miała na co najmniej 5-cio-osobo-dożywotnio wyeksploatowanych wakacji studenckich… Wiele by pisać, ale pozwólcie, że aż takiego e-kshibicjonizmu uprawiać nie będę. Finalnie uzyskaliśmy stan określany „brzydkim słowem na K” i postanowiliśmy rozdzielić moją rządzę taplania całej twarzy w magnezji i ocierania się o wszelkie dostępne skałki, od wojaży bez sznurka.. Tak, tak, też to do mnie dopiero powoli dochodzi :) Padło na okolice Tybetu Wschodniego (internety pokazują, że ładnie) i wierzcie, bądź nie, ale mam pierwsze od niepamiętnych czasów wakacje niewspinaczkarkowe. Tak się porobiło! Wspinaczkowo będzie chyba jesienią i za wielka wodą. Ale jak to mawiał Wołoszański, nie uprzedzajmy faktów. A jak najlepiej zacząć tegoroczną wycieczkę bez sznurka? Oczywiście w boulderowni, bo buty tak na wszelki wypadek zabrałem ;)

Mając do wykorzystania cały dzionek w całkiem niedalekim Berlinie poszedłem sprawdzić jak tam się mają polecane panele. Ostblock Bouldern Halle – zacna, trzyma poziom, ale… nie mamy się czego wstydzić patrząc na naszego Spocika, czy Bloco (że o „rewitalizowanym” AKG nie wspomnę). Taka była moja pierwsza myśl. Choć przyznam, że perspektywę wypicia dobrej pszeniczki (i o dziwo niezgorszego lagerka ) chwilę po napinaniu bicków uważam za bezcenną. Wszak od zawsze powtarzałem, że trzeba uważać na to zdradliwie i znienacka atakujące odwodnienie :) Czytaj dalej

RPA na koniec, czyli milion myśli w mojej głowie

Cóż, kolejna wycieczka dobiegła końca. Siedzę właśnie na pokładzie samolotu do Lądka (a wpis kończę już w umiłowanych, śródmiejskich rewirach z domieszką żoliborskiej zieleni). British Airways tym razem pozytywnie zaskakuje (nówka sztuka dwupoziomowy Airbus A380), hiszpańskie wino już lekko szumi w głowie (tu nie ma zaskoczenia, zawsze zacne), a ja rozmyślam… i spokoju mi nie daje to RPA. Bardzo intrygujący kraj. O, to chyba całkiem trafnie dobrane słowo! Że niebanalny, nieprzeciętnie piękny i nie do końca normalny, o tym już wspominałem, ale może warto jeszcze raz zebrać myśli po pięciu tygodniach w krainie tęczy i skrobnąć coś na do widzenia. Napisać o wspinaniu rzecz jasna, acz tyci ;) O ludziach, których tam spotkaliśmy. O tym jak im się żyje w Południowej Afryce, jak widzą ten kraj, a jak my go odebraliśmy. O bezpieczeństwie wypadałoby też wspomnieć, no i o trudnej historii, której piętno cały czas jest mocno odciśnięte…

P7244981-0

To może zacznę najbanalniej, od wspinania :) ale o tym chyba będzie najkrócej. Wiem, wiem, niektórzy powiedzą, że bluźnię tym ‘najbanalniej’, ale co zrobić. Tym razem inne ‘walory’ zaprzątały moją głowę równie mocno jak przechwyty, a to już baaardzo dużo, oj wierzcie mi. Tym niemniej niczego odmówić wspinaniu w Południowej Afryce nie można. Czytaj dalej

Afryka dzika, czyli safari w Kruger Park

A: Ojej, ojej, spójrz tam! Ale stado! To na pewno są antylopy gnu. Ale piękne!

M: No ładne, faktycznie sporo ich. A skąd wiesz, że to antylopy gnu???

A: Jak to skąd… Przecież tak było w Królu Lwie!!!

M: Hmm… <uśmiech>

Czyli mniej więcej tak przebiegały nasze ‘uczone’ rozmowy o całkiem bogatej faunie i florze bodajże największego rezerwatu przyrody w Afryce – Kruger National Park. Disneyowski Król Lew okazał się nieocenionym źródłem wiedzy, hakuna matata :) A poza antylopami (mniejsza już z tym czy gnu, czy nie) udało nam się jeszcze całkiem sporo zwierzy ‘upolować’, choć czasem nie do końca było wiadomo, kto myśliwym, a kto zwierzyną. Ot, taka sytuacja:

taka sytuacja!

Park Krugera to kto wie czy nie najbardziej znana atrakcja turystyczna Południowej Afryki i, jak już wspomniałem, całkiem sporych rozmiarów rezerwat przyrody. Wyobraźcie sobie np. województwo łódzkie (wiadomo, najpiękniejsze ;) Czytaj dalej

Waterval Boven – dobrze nam tu

Z prowadzeniem e-zapisków w trakcie wszelakich wycieczek wiąże się pewien problem – czasami najzwyczajniej w świecie ciężko znaleźć na nie czas. Z jednej strony fajnie by było tak na bieżąco, oczywiście w miarę możliwości ciekawie, może i z odrobiną informacji praktycznych, no i rzecz jasna wszystko okraszone odpowiednią ilością fotografii. A jakby jeszcze dostęp do netu był bezproblemowy z każdego odwiedzanego miejsca… Bajka! Marzenie każdego porządnego blogera-wycieczkowicza. A co ja na to? Oczywiście zgadzam się, posypuję (odrobinę) głowę popiołem za 2-tygodniową abstynencję od wpisów i obiecuję (odrobinę) poprawę… acz bez przesady, jestem na wakacjach :) Doborowe towarzystwo, wyborna wołowina z niezgorszym, lokalnym winem, no i takie miejsca do wspinu jak Boven… oj ciężko zasiąść przed klawiaturą :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

A co się działo przez te dwa tygodnie? W sumie to można powiedzieć, że utknęliśmy w Waterval Boven – jednym z lepszych miejsc w których miałem przyjemność wiązać się sznurkiem. Serio, szczerze polecam! I chętnie za chwilę napiszę więcej o tym miejscu, ale najpierw tradycyjnie, czyli po kolei. Czytaj dalej

Drakensberg i draki

Układając wycieczki plan do RPA w wielu miejscach natknęliśmy się na wzmianki o górach Drakensberg, czyli na nasze Góry Smocze. Że piękne, że malownicze, że całkiem spore, że ogólnie warto zajrzeć ;) Smoków nie widzieliśmy, ale co do widoków faktycznie nie kłamali:

Ale zanim tam dotarliśmy to już pierwsze małe ‘draki’ miały miejsce. Że gdy składaliśmy namiot wynosząc się z okolic Durbanu był akurat ten statystycznie jeden dzień w miesiącu z opadami… chyba wspominać nie warto. Jak to mawiał na studiach mój profesor od statystyki: „prawdopodobieństwo małe, to i złośliwe”. Sprawdza się. Po szybkim i dżdżystym pakowaniu plan był piękny – wg GPS’a ok 3h jazdy i jesteśmy w naszej kolejnej noclegowni z widokiem na Amphitheater – przeszło pięciokilometrowy mur skalny na terenie Royal Natal National Park. Taki był plan, a życie swoje…  Czytaj dalej

Durbanu okolice

Umgeni Valley było super. „Achów” i „ochów” mógłbym całą litanię odmówić i zaprawdę powiadam Wam, to nie są czcze słowa! :) Ale, że dusze my niespokojne to chcemy jeszcze, chcemy nowe, inne, dalej, co nie zawsze znaczy, że lepiej…

Po kilku dniach w okolicach Howick jakby bardziej swojsko zaczęliśmy się czuć w tym ‘niebanalnym’ kraju. Już powoli dojrzewaliśmy do stwierdzenia, że nie każde wyjście z auta po zmierzchu przed zatłoczonym marketem jest równoznaczne z wystawieniem się na grabież i mord. Ba! Każdy biały spacerujący samotnie po ulicy, którego skrzętnie odnotowywaliśmy w swoich głowach, utwierdzał nas w przekonaniu, że to musi być jednak normalny kraj. Mając to na uwadze obraliśmy kierunek na Durban – całkiem spore miasteczko w całkiem sprzyjających okolicznościach przyrody:

Durban

Tu już doznaliśmy szoku! Biali, czarni, hindusi, wszyscy spacerują sobie po plaży nad Oceanem Indyjskim, na spokojnie, bez ochrony, za to z lustrzankami i iphonami na wierzchu. A my się zastanawialiśmy czy z plecakiem nie będziemy wyglądać na łatwy łup… Niesamowite jakimi jesteśmy niewolnikami naszych wyobrażeń :) W Durbanie spędziliśmy raptem pół dnia, acz zacne.  Czytaj dalej