Dziękuję za uwagę!

Szanowna Czytelniczko / Szanowny Czytelniku, wycieczka dookoła globusa nieuchronnie dobiegła końca, a mnie nie pozostało nic innego jak serdecznie podziękować za uwagę i wszelkie “dobre słowo”. Trochę się bałem tego e-kshibicjonizmu na łamach wordpress’a, ale niektórym podobno nawet się podobało ;) Poza moją osobą chyba najbardziej zdziwiona faktem, że mi się w ogóle chciało pisać, była moja Mama, która to w jednym z maili nie omieszkała mi przypomnieć jak to po maturze z języka polskiego ostentacyjnie darłem zeszyty i zarzekałem się, że już nic nigdy nie będę pisał :) “Nigdy nie mów nigdy” jak zawsze aktualne.

Blog z założenia miał być lekturą przeznaczoną głównie dla mojej Rodzinki i Silnej Grupy Pewnych Przyjaciół i Znajomych (która uwielbia plotkować pod pochylnią, więc trochę “mięsa” trzeba było rzucić), ale patrząc po statystykach wejść (na dziś 34 tyś w 3 m-ce) wygląda, że udało mi się znacznie poszerzyć grono odbiorców – dla mnie OOOSOM! :)

Jeszcze raz dzięki! Mam cichą nadzieję, że może po lekturze bloga choć kilka osób powzięło silne postanowienie odbycia jakiejś “podróży ich marzeń”, czy jak zwał tak zwał. Z liną czy bez, dookoła czy w poprzek, samemu czy z ekipą, polując na “cyfrę” czy na widoki – a to już nieistotne – byle nie szukać wymówek, tylko napierać i jechać, bo nie ma na co czekać. A wrażenia… bezcenne ;) Ja już sobie “klecę” listę kolejnych rzeczy, które chcę zdążyć zrobić. Czytaj dalej

San Franciscooo

Z Yosemite do San Francisco daleko nie jest, ale… czemu by sobie drogi nie urozmaicić? „Dudes” wrócili do kraju, pogoda się popsuła (a już myślałem, że w Kalifornii zawsze świeci słońce…), King Cobra coś przestała smakować… czas się było zbierać. Jako, że dzień wspinaczkowy wypadł z kalendarza stwierdziliśmy, że trzeba by coś fajnego po drodze zobaczyć. Niezawodny Wujek Googiel, spojrzenie na mapę, jest plan – zobaczmy jak wygląda największe drzewo świata. Z „małymi” przygodami docieramy do Parku Narodowego Sekwoi (opatentowaliśmy jak jechać na praktycznie pustym baku przez 1h), krótki spacer i jest i on: General Sherman – „The Largest Tree on Earth”. Trzeba przyznać, że całkiem sporych rozmiarów ta „roślinka”… Fajnie było zobaczyć, fajnie, że udało się dojechać (naprawdę mieliśmy stresa podczas tej „petro-przygody”), no ale to tylko przystanek na drodze do osławionego San Francisco.

Klika razy zdarzyło mi się słyszeć od przeróżnych osób, że SF to niesamowite miasto. Spędziłem tam zaledwie niecałe 4 dni, ale podpisuję się pod tym stwierdzeniem obiema rękoma! A jaki jest „przepis” na tak niesamowite miejsce? Hmmm… Czytaj dalej

El Capitan, King Swing i inne „awesome”

W Hameryce wszyscy i wszystko jest „awesome”, czyli na nasze takie bardzo, ale to bardzo fajne. Dwóch czarnoskórych hiphopowców rodem z klipu Snoop Dogg’a wita się w przy ladzie Burger King’a w Richmond:  „Jak się masz? – Dobrze – A Ty? – Też – AWESOME!”. Robię zakupy w lokalnym sklepie, sprzedawca pyta czy nie mam „końcówki”, ćwierć dolara. Mówię, że „no problem” i dowiaduję się, że jestem AWESOME! Jak miło! ;) Zespół w ścianie, wspinają się makabrycznie wolno, ale gdy drugi dochodzi do pierwszego na stanowisko słychać tylko „potok awesome’ów”. Dwóch mieszkańców Camp 4 rozmawia przy ognisku o planach na następny dzień: „Idziesz jutro się wspinać? – Chyba nie, ale pójdę się przejść po okolicy – AWESOME dude!”. Jakaś dama wspina się na pierwszym wyciągu Nosa na El Cap’ie i niespodziewanie zalicza lot. Dalej słyszymy dialog asekurującego na dole (okazało się, że to Timmy O’Neill) z ową damą: „Are You ok? – Yes – AWESOME” i wszyscy się śmieją.  Co za kraj! Jacy szczęśliwi ludzie! I przede wszystkim jaka oszczędność słów! Tu jest AWESOME! ;)

Hmmm… teraz zapewne część z moich Szanownych Czytelników pomyśli, że przemawia przeze mnie zwykła zazdrość i zawiść  (całkiem często przypisywana naszej polskiej nacji)… Ależ skąd! Całkiem mi jest obojętne, że mają tu naprawdę ładne ściany do prawie 1 km w pionie… że odkąd tu jestem (3 tyg) nie spadła ani jedna kropla deszczu… że Ford Mustang jest tak popularny tu, jak Fiat Seicento w PL… Ale spokojnie, wracam ;) bo mimo wszystko wolę nasz pochmurny kraj i jego mieszkańców! Ale te ściany to robią wrażenie…

Na finiszu mojej wycieczki czas zaczął przyśpieszać zdecydowanie nieliniowo… Sporo się działo ostatnimi dniami. Czytaj dalej

Odrobina prywaty

A co tam! Mój blog to i na odrobinę prywaty nie związanej z wycieczką pozwolę sobie. Na gorrrąco chciałem się pochwalić moją kochaną Siostrą, szanowną Panią Anestezjolog, postrachem Uckich księgarni i kebabowni by night, która to w minioną niedzielę PRZEBIEGŁA Maraton Warszawski !!! Pękam z dumy niczym te nasze autostrady przed Euro ;) Co do czasu, to pozwolę sobie tylko zacytować fragment relacji sms’owej: “szału nie ma, no ale dobiegłam” ;)

Czołgiści górą! Witamy w gronie MarnychTuńczyków ;)

Yosemite, czyli „lubisz to” ;)

Odkąd się wspinam (a dokładniej odkąd zobaczyłem pierwszy raz serię filmów „Masters of Stone” ) zawsze marzyłem aby przyjechać do Doliny na wspinanie. Ogromne, absolutnie pionowe ;) ściany litego granitu, pogoda (jak przystało na Kalifornię) będąca odwrotnością tatrzańskiej, słynny Camp 4 zaludniony przez wspinaczy z całego globu, wyścigi na The Nose, materacyki pod Midnight Lightning, no i legendarna King Cobra ;)

Tak, to tu! Ale…  lekko to tu nie jest ;) Moje wręcz idyllicznie, „pocztówkowe” wyobrażenie o Dolinie, czerpane z różnej maści filmów i publikacji wspinaczkowych, zostało brutalnie zweryfikowane już pierwszego dnia pobytu. Czytaj dalej

Castle Hill, Christchurch, Auckland i CS!

Na baldy w Castle Hill miałem wstępnie zarezerwowane trzy ostatnie dni na południowej wyspie. Nie za wiele, ale dla mnie w sam raz, bo i fanem wielkim kamyków/”małych form”/”chodzenia tylko po cruxach” ;) nigdy nie byłem, a i moja skóra po 3 tygodniach wspinania w piaskowcu domagała się restu. Plany trochę pokrzyżowała pogoda, która po dwóch pierwszych dniach pobytu w NZ permanentnie zaczęła się psuć, a dalej pozostała już niestety stabilną. Na „dobry” początek pierwszy z 3 planowanych w Castle dni spędziłem na parzeniu herbaty „chai” i całkiem ciekawych rozmowach, np. o… rynku nieruchomości w Nowej Kaledonii :) Od mieszkającego tam francuza (który przyjechał tu na narty) dowiedziałem się też, że np. Zakopane jest dużo lepsze od tutejszych stoków! Pomyśleli byście? Na szczęście niedzielny poranek powitał mnie brakiem opadów to i czym prędzej udałem się do Castle Hill. Samo miejsce bardzo urokliwe, co i zapewne zaskoczeniem dla nikogo nie jest. Spora ilość wapiennych głazów o baaaardzo ciekawych kształtach (mnie się trochę skojarzyło z Capo Testa na Sardynii) + bardzo malownicza, górska okolica. Dla zainteresowanych większość niezbędnych info można znaleźć na stronie http://www.tota.co.nz/castlehill/ , a ja tylko pozwolę sobie przytoczyć dwa krótkie fragmenty z powyższej strony:

„(…)but if you want boulders – Castle Hill is the place. It is a place like no other, a style not found anywhere else in the world.” Czytaj dalej

Nowa Zelandia? „Człowiek, człowiekowi wilkiem…”

„… a kiwi, kiwi, kiwi!” Całkiem lubię ten dowcip ;) i okazuje się, że to trzecie „kiwi” nie jest wcale „od tak”, gdyż jest to ptak naprawdę złośliwy i potrafi np. podziurawić namiot… A taki trochę przewrotny (i mam nadzieję intrygujący) tytuł wpisu nadałem, bo i ciężkie dla mnie czasy jako świeżo upieczonego blogera nastały… J23 znowu nadaje! Czyli Sam Prezes naszego zacnego Klubu (AKG Uć) stał się e-ekshibicjonistą! Na dobry początek ów Sam Prezes zaczął od charakterystyki „homo-weekendus” – gatunku wspinacza bardzo dobrze mi znanego, co zrobić. Polecam, ale oczywiście oceńcie sami: www.trzecizlewej.wordpress.com .

No ale miało być o Nowej Zelandii. Tradycyjnie, na zachętę jeden (z wielu) tutejszych widoków – naprawdę tu ładnie:

Długo zastanawiałem się jaką taktykę przyjąć. Do tej pory plan był prosty – kolejne przystanki na moim bilecie lotniczym dookoła świata dobierałem tak, aby Czytaj dalej